W zalewie Disneyowskich produkcji z żółtym misiem w czerwonym kubraczku chciałam wszystkich zachęcić do skromnych książeczek, które zupełnie przypadkowo mają bohatera o tym samym imieniu -
Kubuś Puchatek. Nie są to może pozycje atrakcyjne z punktu widzenia naszych maluchów, już przyzwyczajonych do feerii barw na każdej stronie, do przerostu formy nad treścią. Ja zachęcam bardzo, wręcz tendencyjnie, do sięgnięcia po trzy pozycje, w wolnym tłumaczeniu niezrównanej
Ireny Tuwimowej i z oryginalnymi ilustracjami
Ernesta Sheparda.W mojej, a teraz już Małgosinej biblioteczce nie ma książkowego wydania Kubusia Puchatka. Mam tylko trzy skromne zeszyciki, wydane przez Książkę i Wiedzę, a kupione w klubokawiarni "Ruchu" przy świetlicy zakładowej PGR w mojej małej wsi.

Z Puchatkiem poznałam Małgosię już ponad rok temu. Może nie rozumie jeszcze wszystkich dialogów, ale uwielbia Puchatkowe mruczanki. Sama chętnie siebie nazywa
"Sroczką-Skoczką gadatliwą". Uczy się przy nich wrażliwości -bardzo mocno przeżywała rozdział o urodzinach Kłapouszka, bała się Słoni razem z Prosiaczkiem (dopiero niedawno skojarzyła, że to to samo, co disneyowskie Hefalumpy).
Milne pokazuje świat pluszowych zabawek takimi, jakie one są. Nie kreuje osobowości poprawnych politycznie, asertywnych, pewnych siebie, znających swoją wartość.
-Puchatku - rzekł Królik grzecznie. -Nie masz ani krzty rozumu. -Wiem o tym - odparł Puchatek pokornie.
Trafi to na pewno do wrażliwych dzieciaków, które są nieśmiałe, które nie zawsze brylują wśród rówieśników. Dla których szczerość i pokorna grzeczność naturalniejsze są od rozpychania się łokciami. Królik to nie przemądrzały bufon z kreskówek, to po prostu Królik, który wie, że trzy skrzyżowane patyki to "A". Tygrysa w pierwszej części w ogóle nie ma, a kiedy się pojawia,w
Chatce Puchatka prawie wszyscy mieszkańcy lasu marzą, żeby sobie poszedł... Nie udają, że go lubią, kiedy tak nie jest.
Chciałbym ocalić w sobie coś z dziecka. I jak najdłużej pozwolić mojemu dziecku nim być. Dlatego tak bliski mi jest oryginał z książeczek Milne`a.
I jeszcze na koniec o ulubionych wierszach mojego dzieciństwa. O
Wierszach dla Krzysia,
który okazał się być Małgosią. Podejrzewam, że tej książki nie znajdziecie w księgarni. Nie była wznawiana od dwudziestu lat. W każdym razie nie to wydanie - ze wspaniałymi przekładami (wolnymi, jak zaznaczono na stronie tytułowej)
Ireny Tuwim i
Antoniego Marianowicza. Ten przekład powala na kolana nie tylko prostotą słów, ale i melodią, cudownym wręcz operowaniem przerzutnią i nieomal zupełnym brakiem rymów gramatycznych.
To masa wierszy o tematyce bliskiej każdemu chłopakowi - znowu bez poprawności politycznej, za to z szelmowskim przymrużeniem oka.
Lord Gbur miał toporzyskodługości metra blisko
i wielu miał poddanych,
a bić potrafił też.
We czwartki i w soboty
najwięcej miał roboty,po wszystkich chatach łaził
i ryczał niby zwierz:-Lordowska Mość - to ja!kto nie zna mnie - ten kiep!Haha, haha, haha!
a teraz macie w łeb!
czy:
Król Jan był królem bardzo złym
i cierpiał na tym stale, bo
nikt się nie bawił nigdy z nim
i ludzie unikali go.
albo mój ulubiony:
Spośród rycerzy w Bęcwaloni
najmędrszy był Prot Łysapała.
Nierzadko dzierżył pióro w dłoni,
a liczył aż do trzech bez mała!
(Zgadł nawet wynik, jaki da
dwa, gdy pomnożyć je przez dwa).
Mnóstwo dobrej zabawy i dobrej literatury. Bo oryginał jest zawsze lepszy od podróbek.