Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urwisy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urwisy. Pokaż wszystkie posty

piątek, sierpnia 14, 2009

Porządki na strychu


Tak się jakoś złożyło, że i ja robiłam porządki na strychu, nie umawiając się całkiem z Zojką ;) Znalazłam książkę, którą chyba moge nazwać "Biblia mojej młodości" - bradzo młodej młodosci :)

Myślę, że zainteresuje nie tylko dziewczyny, choć do nich jest przede wszystkim kierowana. Narratorka - bohaterka, Alina, żyje w śląskiej rodzinie na początku ubiegłego stulecia. Wychowana razem z dwoma braćmi, nigdy nie byłą układną dziewczynką w wykrochmalonej sukience z kokardami, jak lekko obśmiane w książce jej kuzynki. Za to przeżywa wiele - od połknięcia tytułowej żaby, poprzez unieszkodliwienie grożnej bestii po ... demoralizację szkolnej koleżanki za pomocą kota. Książka napiasana z niezwykłyum humorem, pamiętam, jak czytałąm ją - oczywiście pod kołdrą, wciskając twarz w poduszkę, żeby mój chichot nie zdemaskował mnie przed mamą... Niestety, metoda była zupełnie nieskuteczna i zwykle lektura kończyła się brutalnym skonfiskowaniem latarki. Raz spróbowałam czytać ze świeczką... to by tłumaczyło, dlaczego szalone pomysły Aliny tak mnie pociągały ;)

Wracam dziś do tej książki, zaskoczona, jak wiele zmieniło się przez te omal sto lat, jak mało zmienili się ludzie.

sobota, listopada 29, 2008

O kołach i awanturach:)

Monika swoim postem o Pippi Pończoszance zainicjowała pasjonujący wątek na temat dziecięcej beztroski, nieskrępowanej radości, przeżywanych i natychmiast wyrażanych przez dziecko emocji. Wątek tyczący urokliwych, upartych urwisów cudnie odmalowanych piórem Astrid Lindgren.

Lotta jest jednym z nich. Ta mała dziewczynka mieszka ze swoją rodziną i starszym
rodzeństwem w żółtym domku przy ulicy Awanturników:) Tak naprawdę, to przy ulicy Garncarzy, ale "teraz mieszkają tu tacy, co robią tylko awantury":)
O ile druga część cyklu ("Dzieci z ulicy Awanturników") swoim klimatem przypomina cudownie zabawne, poczciwe Bullerbyn, o tyle "Lotta z ulicy Awanturników" jest małym, psychologicznym studium przypadku, etiudą wiernie portretującą wrażliwego, acz humorzastego pięciolatka, z całą gamą skonstruowanych misternie, skomplikowanych, dziecięcych uczuć. 

Lotta przeżywa chwile poirytowania, złości, buntu, zaciekłego uporu, wreszcie tęsknoty, żalu i niełatwej skruchy... Jakże często emocje dziecka przybierają na sile i gwałtowności przypominając samonapędzające się koło. Jakże trudno nam, dorosłym, pozwolić toczyć się temu kołu, zostawiając przestrzeń, by nabrało rozpędu, a potem wyhamowało powoli zgodnie z własną siłą odśrodkową...:) 
Oto Lotta wstaje z łóżka przysłowiową lewą nogą... (z resztkami kiepskiego snu pod powiekami). Nie chce się ubrać, bo mama wybrała sweter, a ona sama wolałaby aksamitną sukienkę, nie chce zejść na śniadanie (i pyszne kakao) i nie chce rozmawiać... W złości niszczy sweterek, po czym przestraszona i wciąż naburmuszona postanawia uciec z domu... Znajduje schronienie w rupieciarni pani Berg i całkiem przyjemnie się tam urządza. Ale z upływem godzin zaczyna tęsknić:) Kiedy powróci do domu i co ją do tego skłoni? Zapraszam do lektury:)

Ja bardzo lubię tę ksiażkę. Nie tylko dlatego, że w chwilach nieposkromionych wybuchów złości mojej Zosi przypominam sobie małą Lottę i jej zachowanie. I domyślam się, że w podobny sposób zachowują się tysiące innych cztero i pięciolatków. Że nie jestem odosobniona, kiedy rozpędzone koło emocji mojego dziecka toczy się i nabiera rozpędu! Ale także (a może przede wszystkim) dlatego, że w książce o Lottcie, w jej drugim planie, przedstawiona jest pewna niezwykle mądra, fenomenalnie radząca sobie z huśtawkami emocji swojego dziecka, osoba. Mama Lotty. Rzeczowa, spokojna, absolutnie nie gderająca (co mnie się zdarza niestety częściej, niż bym chciała:) Mama, która wie, że "mózg emocjonalny" jest filogenetycznie starszy, niż nowa kora mózgowa odpowiadająca za myślenie i kontrolę...:) Acz jedno z drugim w parze iść powinno:)
Miało być o Lottcie, skończyło się na mamie. Mamie- prawie czarodziejce:)


piątek, listopada 21, 2008

Oryginalne jest lepsze!



W zalewie Disneyowskich produkcji z żółtym misiem w czerwonym kubraczku chciałam wszystkich zachęcić do skromnych książeczek, które zupełnie przypadkowo mają bohatera o tym samym imieniu - Kubuś Puchatek. Nie są to może pozycje atrakcyjne z punktu widzenia naszych maluchów, już przyzwyczajonych do feerii barw na każdej stronie, do przerostu formy nad treścią. Ja zachęcam bardzo, wręcz tendencyjnie, do sięgnięcia po trzy pozycje, w wolnym tłumaczeniu niezrównanej Ireny Tuwimowej i z oryginalnymi ilustracjami Ernesta Sheparda.
W mojej, a teraz już Małgosinej biblioteczce nie ma książkowego wydania Kubusia Puchatka. Mam tylko trzy skromne zeszyciki, wydane przez Książkę i Wiedzę, a kupione w klubokawiarni "Ruchu" przy świetlicy zakładowej PGR w mojej małej wsi.
Z Puchatkiem poznałam Małgosię już ponad rok temu. Może nie rozumie jeszcze wszystkich dialogów, ale uwielbia Puchatkowe mruczanki. Sama chętnie siebie nazywa "Sroczką-Skoczką gadatliwą". Uczy się przy nich wrażliwości -bardzo mocno przeżywała rozdział o urodzinach Kłapouszka, bała się Słoni razem z Prosiaczkiem (dopiero niedawno skojarzyła, że to to samo, co disneyowskie Hefalumpy).
Milne pokazuje świat pluszowych zabawek takimi, jakie one są. Nie kreuje osobowości poprawnych politycznie, asertywnych, pewnych siebie, znających swoją wartość.

-Puchatku - rzekł Królik grzecznie. -Nie masz ani krzty rozumu. -Wiem o tym - odparł Puchatek pokornie.

Trafi to na pewno do wrażliwych dzieciaków, które są nieśmiałe, które nie zawsze brylują wśród rówieśników. Dla których szczerość i pokorna grzeczność naturalniejsze są od rozpychania się łokciami. Królik to nie przemądrzały bufon z kreskówek, to po prostu Królik, który wie, że trzy skrzyżowane patyki to "A". Tygrysa w pierwszej części w ogóle nie ma, a kiedy się pojawia,w Chatce Puchatka prawie wszyscy mieszkańcy lasu marzą, żeby sobie poszedł... Nie udają, że go lubią, kiedy tak nie jest.

Chciałbym ocalić w sobie coś z dziecka. I jak najdłużej pozwolić mojemu dziecku nim być. Dlatego tak bliski mi jest oryginał z książeczek Milne`a.

I jeszcze na koniec o ulubionych wierszach mojego dzieciństwa. O Wierszach dla Krzysia, który okazał się być Małgosią. Podejrzewam, że tej książki nie znajdziecie w księgarni. Nie była wznawiana od dwudziestu lat. W każdym razie nie to wydanie - ze wspaniałymi przekładami (wolnymi, jak zaznaczono na stronie tytułowej) Ireny Tuwim i Antoniego Marianowicza. Ten przekład powala na kolana nie tylko prostotą słów, ale i melodią, cudownym wręcz operowaniem przerzutnią i nieomal zupełnym brakiem rymów gramatycznych.
To masa wierszy o tematyce bliskiej każdemu chłopakowi - znowu bez poprawności politycznej, za to z szelmowskim przymrużeniem oka.

Lord Gbur miał toporzysko
długości metra blisko
i wielu miał poddanych,

a bić potrafił też.

We czwartki i w soboty

najwięcej miał roboty,
po wszystkich chatach łaził
i ryczał niby zwierz:

-Lordowska Mość - to ja!
kto nie zna mnie - ten kiep!
Haha, haha, haha!
a teraz macie w łeb!

czy:
Król Jan był królem bardzo złym
i cierpiał na tym stale, bo
nikt się nie bawił nigdy z nim
i ludzie unikali go.

albo mój ulubiony:
Spośród rycerzy w Bęcwaloni
najmędrszy był Prot Łysapała.
Nierzadko dzierżył pióro w dłoni,
a liczył aż do trzech bez mała!
(Zgadł nawet wynik, jaki da
dwa, gdy pomnożyć je przez dwa).

Mnóstwo dobrej zabawy i dobrej literatury. Bo oryginał jest zawsze lepszy od podróbek.



wtorek, listopada 18, 2008

Pochwała beztroski

Pippi była najdziwniejszym dzieckiem ze wszystkich dzieci - w tym miasteczku w każdym razie. Może gdzie indziej były jeszcze dziwniejsze dzieci, ale w tym małym, malutkim miasteczku nie było nikogo, kto dałby się porównać z Pippi Pończoszanką. A już na pewno nigdzie, ani tu, ani na żadnym innym skrawku kuli ziemskiej, nie było nikogo tak silnego, jak ona. /Astrid Lindgren, "Pippi wchodzi na pokład"/
Nie jest tajemnicą, że uwielbiam tę małą, piegowatą dziewczynkę obdarzoną niezwykłą siłą fizyczną, tego małego urwisa, który nie boi się powiedzieć tego, co myśli i który za nic ma konwenanse. Najpierw chyba był film... a dokładniej szwedzki serial, który leciał w telewizji, kiedy chodziłam do I czy II klasy podstawówki. Podobała mi się wtedy tak bardzo, że raz zapragnęłam przebrać się za Pippi na bal karnawałowy. Niestety, w moim stroju tylko warkoczyki usztywnione na drucikach i piegi wymalowane na twarzy maminą kredką do oczu wskazywały na to, kim miałam być. Zabrakło kolorowych pończoch, za dużych butów i przykrótkiego fartuszka, ale i tak chociaż przez chwilę poczułam się jak Pippi.
Teraz, dzięki mojej Zosi, odkrywam Pippi na nowo i na nowo poddaję się fascynacji jej osobowością. Jest to postać z krwi i kości, narysowana wyraźnie i konsekwentnie, z wyostrzonymi cechami, dzięki którym może nas czegoś nauczyć. Na przykład tego, że trzeba być odważnym i asertywnym, że warto pytać i szukać odpowiedzi, że przyjaźń ma wielką wartość i że zawsze należy stanąć w obronie słabszych. Pippi to dziwne dziecko, inne, niezwykłe. Życie nauczyło ją oswoić swoją samotność i radzić sobie jak najlepiej. Pewnie dlatego ma odwagę, by stanąć i powiedzieć głośno NIE. Zamiast uczyć się konwenansów i chodzić codziennie do szkoły, woli czerpać z życia tyle, ile tylko można. Nie ma nikogo, kto by jej czegokolwiek zakazywał czy nakazywał, wypracowała więc sobie swoje własne reguły: śpi trzymając nogi na poduszce, je siedząc na stole, a talerz z zupą stawia na krześle... Po prostu po epikurejsku czerpie przyjemność z życia.
Pippi-myśliciel, poszukiwacz rzeczy, otwarta na świat, wolna... ma jednak swoje wady. Na przykład jest kłamczuchą (ma bujną wyobraźnię), czasami może denerwować jej niezdyscyplinowanie i upór, czasem w jej postawie pobrzmiewa relatywizm... Ale po co szukać dziury w całym? Niech jej przygody pozostaną opowieścią o tym, jak niemożliwe staje się możliwe.

P.S. Cieszy mnie to, że licząca już ponad 60 lat Pippi wciąż ma się bardzo dobrze :)