Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odkurzone na strychu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odkurzone na strychu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, września 09, 2010

Baśnie narodów...

Jakoś tak cicho i pusto zrobiło się na Czytulankowym blogu. Ostatni marcowy wpis rozbujał wiatrem i otumanił zapachem realnej, nie książkowej wiosny. Tymczasem wiosna ustąpiła przed latem, a lato w ciągu ostatnich tygodni babim latem uraczyło:) Najwyższy to czas reaktywować blog, rozleniwiony słońcem... Ale także hamakiem i książką:)

Baśniami karmiłyśmy z Zosią wspólne wakacyjne dni... pięknymi, mądrymi baśniami, dość mocno czasem zakurzonymi...
Baśniami, które plastycznie przenosiły nas w czasie i przestrzeni, z kraju do kraju, z jednej nieprawdopodobnej rzeczywistości do drugiej... Oślepione słońcem, kolorem i gwarem wschodniego rynku, z dochodzącym zewsząd nawoływaniem osiołków: balek, balek... przenosiłyśmy się na bliższe nam kulturowo szlaki bursztynowe...

Trzy książki, kilkadziesiąt opowieści, tysiące słów. Wielka literatura dla dzieci i dla dorosłych... Zapraszam:)

Zacznijmy od tomiku z baśniami “O wróżkach i czarodziejach” Natalii Gałczyńskiej (żony poety Konstantego Ildefonsa). Od książki na motywach ludowych bajek francuskich, którą Zosia dostała w prezencie urodzinowym od pewnej przesympatycznej mamy z Wrocławia:)
Świat zwiewnych, eterycznych księżniczek, dzielnych rycerzy i mówiących ludzkim głosem zwierząt przenika do świata widziadeł, zaklęć, mrocznych sekretów.
Oto Naneta, córka złotnika, opuszcza dom rodzinny, by wypełnić wolę zaczarowanego Lwa, od którego dostaje najpiękniejszą na świecie różę (to baśń, która najbardziej spodobała się mojej sześcioletniej Zosi).
Czarnowłosa Finetta w błyszczących kolczykach, królowa cyganów więziona przez wielkoluda, czarami pomaga chłopcu, do którego wyrywa się Jej serce...
Artur, syn drwala, zostaje królewskim chrześniakiem i wyrusza na spotkanie przeznaczeniu...
A Agnieszka o oczach jak skrawek nieba odkrywa, że ludzie po drugiej stronie lasu są tacy sami. To, co nieznane i inne nie musi oznaczać gorszego...

Wszystkie baśnie, pięknie wydane przez wydawnictwo Świat Książki, opowiedziane są w mistrzowski sposób poetyckim, barwnym, nienagannym językiem. Literatura to prawdziwie wysokich lotów:)


Kolejnym zbiorem przecudnych, egzotycznych opowieści jest “Srebrna gołębica” w opracowaniu Wandy Markowskiej i Anny Milskiej. Zaczytana przeze mnie książka dzieciństwa, a właściwie wczesnej młodości:) Historie tu zebrane to baśnie Narodów Związku Radzieckiego oparte na motywach oryginalnych. Urzekają wschodnim pięknem, zapachami, nazwami, które melodyjnie i miękko otulają skronie albo twardo i obco tną powietrze, zanim falą dźwiękową się stanie dla ucha.... Obok typowo rosyjskiej Maszeńki czy Zulejki... Nuszaperi- Chanum, córka padyszacha Kandagary i Melik- Dżumszud... Obok Nastii i Annuszki... Czatyr, Melike-Chanum i Karaszasz.
A baśnie... Jak miód i mleko:) Z domieszką cierpkiego imbiru...
O ślicznej carycy Maszeńce, w gołębia zamienionej przez zazdrosną czarownicę- Wasylisę.
O dzielnej Marite, która, niczym andersenowska Eliza, koszulki wyplata z pokrzyw dla swych braci-wilków...
O Nuszaperi-Chanum, co wyklęta przez ojca, odwagą i miłością kruszy jego okrutne serce...

Baśnie rosyjskie, estońskie, mołdawskie, gruzińskie, kirgiskie, turkmeńskie, karelskie... Wachlarz narodów...


Na deser rodzime “Bursztynowe baśnie” Hanny Zdzitowieckiej (wydanie z 1972 r).
Z intrygującym, malowanym bursztynem wizerunkiem Juraty na okładce. Juraty w koronie i naszyjniku, w którym mieszka słońce...
Urzekające historie z Bałtykiem i przyrodą w roli głównej. Historie spisane pięknym literacko, choć czasem oszczędnym językiem. Historie wywołujące różnorodne emocje dziecięcych serc... groźne, dramatyczne, wesołe i wzruszające. Baśnie, jakich próżno dziś szukać... o morzu, jego podwodnych skarbach, głębinach, mieszkańcach rybackich chat i pięknych, nadbałtyckich okolic...
Choćby baśń o Juracie, córce władcy morza z bursztynowego pałacu, co bogactwami podwodnymi mamiła młodziutkiego Jurka. Chłopiec, zakochany w czekającej na łódce Hance, opiera się urokom morskiej boginki... Czy zostanie ukarany za odmowę władczyni morza?
Albo niezwykła historia Wiosny, która miała spać snem wiecznym. Piękna, płomienna, pełna przyrody i pląsów parafraza bajki o śpiącej królewnie. Wiatr i Grom niosą po świecie dobrą nowinę o narodzinach dziewczynki... Zapraszają na chrzciny rusałkę wodną Roświtę, wieszczkę łąkową Jaskrotę, boginkę leśną Dąbrówkę, górską nimfę Skalnicę i polną dziwożonę Stokłosę... Omijają tylko pieczarę Nietoperzycy, która, jak to wiedźma zła, nieproszona przybywa na uroczystość. I nieproszona straszne zaklęcie wymawia nad kołyską niemowlęcia... Komu i w jaki sposób uda się odczarować Wiosnę?

Trudno wybrać najpiękniejszą baśń tego zbiorku, taką najpełniej zapadającą w pamięć i wrażliwość... Piękna i pouczająca jest historia o grymaśnej księżniczce, która bardzo chciała mieć naszyjnik z kropel rosy.
I ta o królewskim latarniku, o odwadze i miłości Wita i Maryjki... I o zaklętych drzewach... O olbrzymie, z kaszubska zwanym Stolemem...
Czytając te baśnie można rozkochać się w morzu... I przy okazji dowiedzieć się, dlaczego jest słone:)


Czy o takim naszyjniku marzyła księżniczka?
“W tej właśnie chwili krople rosy zawieszone na pajęczynach rozsnutych po rżysku, zabłysnęły wszystkimi barwami tęczy. Słońce zapaliło w nich ogniki czerwone, zielone, szafirowe i złote.
-Skąd się wzięły te piękne klejnoty? Chcę je mieć! “

środa, lutego 03, 2010

Zima z białym niedźwiedziem

Zamieć śnieżna za oknem idealnie koresponduje z książką, o której za chwilę opowiem:) Z książką magiczną, jak wiele innych opowieści Heleny Bechlerowej...

Zima z białym niedźwiedziem” to historia Grzesia i śniegowego Barłaja... W przeciwieństwie do “Domu pod kasztanami” tejże autorki, przygody chłopca, choć równie zaczarowane i przetkane tajemnicą, toczą się w scenerii zgoła odmiennej. "Dom pod kasztanami" to lato, wakacje, ciepło, agrestowe podwieczorki i lody z wierzbowej dziupli... A przygody z Barłajem to gęsto sypiący śnieg, kwiaty na oknach mrozem malowane, sople, święta, chochoły różane...

Książka o Grzesiu i niedźwiedziu to skrząca fantazją baśń zimowa, która zaskakuje ogromem niespodzianek i przygód, jakie spotykają chłopca.
Wszystko zaczyna się całkiem niewinnie, od bałwana... Ale bałwana niezwykłego. Bo miast nosa z marchewki (którego ma każdy inny, statystyczny i szanujący się bałwan:) ten ma w miejscu nosa rumianego rogala:) Na głowie czapkę z piórami, a w ustach fajkę:) Tak przynajmniej jest wieczorem i w nocy, bo po południu następnego dnia, przechylający się wolno bałwan wpada nosem w śnieg... A przez furtkę wpada do ogrodu Grześ... Czy uda Mu się podnieść niezgrabnego bałwana? A może zobaczy w śniegowych kulach coś, co przywiedzie na myśl zupełnie inną postać?

“Wiedziałem, że coś wymyślisz! - ucieszył się Grześ. Już nie jesteś bałwanem, tylko niedźwiedziem! Ale głowę masz za bardzo okrągłą i w ogóle trzeba cię troszkę przerobić. Po tej robocie rękawiczki były zupełnie mokre, za to niedźwiedź miał pysk, uszy i ogon (...) Teraz już nic mu nie brakowało. Leżał ciężki, gruby, patrzył przed siebie i czekał, co będzie dalej”.

A dalej... Dalej snuje się Grzesiowa fantazja... Niedźwiedź otrzymuje imię Barłaj. Daleko, za ogrodem dzwonią sanki przejeżdżającej Zimy, za oknem pada zaczarowany śnieg...

“Kiedy pada taki śnieg,
z bajki śnieg, zza siedmiu rzek,
po ogrodzie wtedy chodzi
miękki, biały i puszysty
śniegowy czarodziej”.

Kolejne rozdziały książki zaskakują historiami bajkowych podróży po zasypanym śniegiem ogrodzie. Podróży, w które Barłaj zabiera chłopca... Mnie i Zosię najbardziej urzekła opowieść o śpiących różach... Niedźwiedź wymruczał zaklęcie i słomiany chochoł stał się domem ze złotymi drzwiami, za drzwiami zaś...
“Na podłodze leżał dywan haftowany w róże, na dywanie stały fotele haftowane w róże, a na każdym fotelu spała róża- królewna.
Same śpiące królewny!- zawołał Grześ. W bajce jest tylko jedna, a tu ich tak dużo!”

Nie wolno jednak zbudzić żadnej z nich...
Ciszy i różanego snu strzeże ktoś mieszkający w zegarze. Nie, nie kukułka.... Sowa!
Surowa dla nieproszonych gości:
“Kto tu wkradł się, kto tu przyszedł?
Kto zimową mąci ciszę?
Niech nie szepcze, niech nie woła,
bo zamienię go w chochoła!”

Inne opowieści są równie czarowne i równie zaskakujące... W kolejnych rozdziałach pojawi się Tonia, Zimowiec, miś- pluszak...

Poszukajcie w swoich bibliotekach.... Książka zasługuje, by ją odnaleźć. Zwłaszcza, gdy za oknem pada śnieg...
“A kiedy pada taki śnieg,
z bajki śnieg, zza siedmiu rzek...”

I chyba nikogo nie zdziwi, że w moim ogrodzie śpi w tym roku polarny niedźwiedź:) Mocno przysypany śniegiem:)

poniedziałek, października 26, 2009

Wiatr z księżyca

Na początku rozsmakowałam się w urokliwym słuchowisku na podstawie pewnej książki... Dopiero wiele miesięcy później, na allegro wypatrzyłam także samą książkę. Obydwie z Zosią zakochałyśmy się na zabój w słowno-muzycznych dialogach zaadaptowanych na potrzeby słuchowiska i w ich literackim pierwowzorze z 1944 roku:)


Wiatr z księżyca” Erica Linklatera w przekładzie Andrzeja Nowickiego, to powieść dla nieco starszych przedszkolaków i uczniów (oswojonych już z dłuższą formą przekazu i wypowiedzi literackiej).
Za to jaka to powieść! Pod każdym względem wyjątkowa!
Wartka, nie pozbawiona humoru i pełna niespodzianek fabuła, z całą plejadą wyrazistych, pełnokrwistych bohaterów, którym autor nadaje “mówiące, stygmatyzujące” imiona. Jest więc panna Rozumek (elokwentna i ekscentryczna guwernantka), jest policjant Gwiżdż, jest sędzia Grzmot, doktor Fosfor, pan Żeberko (rzeźnik), Kasia Okruszek (córka piekarza), pan i pani Tasiemka (prowadzący sklep z pasmanterią), pastor Filar i wielu, wielu innych... z miasteczka Harmider:) I w naszym realnym życiu pojawiły się po lekturze książki takie nazwiska:) Ooo, na przykład miód kupujemy na rynku od pana Pszczółki, a chlebek od pana Bułeczki:)

Wracając jednak do bohaterów miasteczka... Są wśród nich Dora i Flora, dwie siostrzyczki, próbujące ze wszech miar sprostać wyobrażeniom rodziców względem grzeczności. Próbujące sprostać, często z odwrotnym do zamierzonego skutkiem:)
Oto bowiem jabłonka poobwieszana dzwoneczkami na pożegnanie wyjeżdżającego taty, wywołuje hałas, który stawia na nogi cały dom. A próba przepakowania bagażu taty sprawia, że galowy mundur ojca, zwinięty w rulon (dla oszczędzenia, zdaniem córek, miejsca w walizce) nadaje się do powtórnego prasowania, wymiętoszony okrutnie...:)
“Rodzice- myślały obie dziewczynki- nie potrafią być wdzięczni. Nie rozumieją, że chciałyśmy pomóc w pakowaniu kufra, nie poznali się zupełnie na ślicznym koncercie rozdzwonionej jabłoni. Tatuś i mamusia nie mają o niczym najmniejszego pojęcia.”

A to dopiero początek...:)
Potem jest coraz ciekawiej:) Oto siostry, udowadniając pannie Rozumek istnienie Wiedźmy z Ciemnoboru, rozsypują na podłodze czarodziejski groch i wypuszczają na wolność gołębie z tapety pokoju nauczycielki!
A po pewnym czasie, chcąc zemścić się na mieszkańcach miasteczka za ich żarty, wypijają magiczny eliksir, z takich oto składników warzony przez Panią Wiedźmę:)

Łapę małpy, mózg robaka,
rybią skrzelę, ryj prosiaka,
szczyptę soli, olej z moli.
Cień śródnocy, róży cierń,
wąs tygrysi, ogon mysi
I do tego czerń i biel!

Wszystko razem wrzucić w gar,
dmuchać w ogień, by był żar,
często mieszać w krąg i wspak,
aż właściwy będzie smak.

Pióro ptaka, co nie fruwa,
szczypce raka, oko żółwia,
język węża, żądło żmii,
dwie brodawki z krecich szyi.
Z nozdrzy byka włoski trzy
i dwie krokodyle łzy.

Sowie jajo, kolec jeża,
krew wyssaną z nietoperza,
blask księżyca, wodę z kałuż
i garść proszku, czyli miału.
Z zachłyśniętej krtani ość,
białe coś i czarne coś.

Wszystko razem wrzucić w gar,
dmuchać w ogień, by był żar...

Jak Wam się podoba skład owej mikstury? Na przykład “z nozdrzy byka włoski trzy”?!
I co konkretnie chcą osiągnąć dziewczynki wypijając ów, przyznacie, wielce szatański napój? Dora i Flora wiedzą to dobrze..... Po wypiciu eliksiru.... zamieniają się w kangurki! Tak, tak, moi drodzy.... A to nadal dopiero początek historii...:)

Książka jest pełna przygód, błyskotliwa, skrząca dowcipem, pomysłami, czyta się ją jednym tchem...:) Jest fantastyczną lekturą dla dzieci i rodziców na długie, jesienne wieczory! Zwłaszcza, że owe jesienne wieczory wiatrem hulają... Z księżyca go niosąc...:)
“A jeśli to jest zły wiatr, a ktoś akurat jest niegrzeczny, to może mu dmuchnąć prosto w serce i potem już przez długi, długi czas będzie niegrzeczny.”:)

N
ie zapominajmy wszak o bonusie muzycznym:)
Słuchowisko “Przygody Dory i Flory” nagrane na podstawie tekstu Linklatera przez Polskie Radio, 46 lat temu (a przypomniane w ubiegłym roku) to po prostu majstersztyk aranżacyjno-muzyczny!
Świetna obsada aktorska, cudowne piosenki, znakomite wykonania, klimat, humor, akcja, tempo... Muzyka Jerzego Wasowskiego, Irena Kwiatkowska w roli panny Rozumek, Kazimierz Wichniarz (Zagłoba z ”Potopu”) jako sędzia Grzmot, to tylko niektóre z atutów tych dwóch krążków CD, które powinny obowiązkowo znaleźć się w płytotekach dzisiejszych przedszkolaków. Świetna zabawa gwarantowana!

“Oto przygody Dory i Flory,
które są grzeczn
e, a może nie.
Ten kto ich nie zna aż do tej pory,
teraz z pewnością je poznać chce.

Teraz z pewnością je poznać chce!”

środa, października 07, 2009

poezja pór roku

Podczas długich jesiennych wieczorów, kiedy będziemy siadać w kręgu lampy oświetlającej nasze głowy i główki naszych dzieci, być może w tańcu błysków z kominka, poczytajmy poezję. Nie wierszyki czy rymowane bajeczki dla dzieci. Prawdziwą poezję na jesienną szarugę.
Na strychu wynalazłam dwie książki ze swojego dzieciństwa, które w piękny sposób pokazują współistnienie człowieka w cyklu pór roku.
Dla dzisiejszej młodzieży, spędzającej zwykle czas w zamkniętych pomieszczeniach, pokonującej odległości między domem a przedszkolem czy szkołą jednak na czterech kółkach, czasem niedostrzegalne są te zmiany, którymi ludzkość fascynowała się od prawieków.
Niedawna rozmowa ze znajomą młodą mamą uświadomiła mi jeszcze i to, że niedługo nasze dzieci zupełnie nie będą wiedziały, jak rozpoznać gatunki drzew chociażby po liściach i owocach.


Książka "Od wiosny do wiosny" to zbiór wierszy i krótkich form narracyjnych, których bohaterami są zazwyczaj wiejskie dzieci. Utwory te ułożone są właśnie w cyklu pór roku. Dzieci poznają budzącą się do życia przyrodę, przylatujące ptaki, uczą się nazw kwiatów, zbierają bursztyny na plaży. Dla mnie jest to także sentymentalna podróż do czasów, kiedy siano kosiło się kosą, a żyto żęło sierpem. Wiersze mają często formę piosenek ludowych, są melodyjne, rytmiczne, powtarza się refren. Autorkami wierszy są Hanna Zdzitowiecka i Stefania Szuchowa . O swojej nienachalnej edukacyjności niech zaświadczą same - wybrałam akurat jeden, kóry powinnam dedykować wieczornemu gościowi z naszego ogrodu ;)

No i co? Zdziwieni, że jeże nie jedzą jabłek?


D
ruga z wyszperanych na strychu, to jedna z mocih ulubionych lektur w dzaieciństgwie. "Słonecznikowe nutki" Karoliny Kusek już samym tytułem wprowadzają ciepły, przytulny nastrój. A po otwarciu czarują słowem, obrazem, szatą graficzną wydania. To piękna poezja przez duże P. Prześlicznie ilustrowana, równiez ułożona cyklicznie. Wiersz zajmuje pół strony, której margines jest w stosownym do pory roku kolorze, a cała książeczka mieni się tęczowo - od szmaragdowej zieleni "Skowronka", poprzez żółć "Rumianka", "Rudą ciszę", po biel "Usypiania strumyka". Krótkie, nieprzegadane, a jakże trafnie opisujące piękno przyrody, czasem banalnie proste, wręcz niedostrzegalne przez szybę mknącego samochodu.

Zatrzymajcie się na chwilę w ostatnich promieniach słońca, wsłuchajcie się w szelest liści i słów. Prawda, że przyjemnie?

wtorek, września 01, 2009

O dwóch Haniach...

Wojna jest mym irracjonalnym lękiem, jest koszmarem, który śniłam w dzieciństwie, jest niepokojem czasu dorosłego... Wczoraj ze łzami w oczach i “kluchą” w gardle obejrzałam polski film o maturzystach 1938 roku. O ich pierwszych miłościach, naiwności, wierze, ideałach, nadziejach jutra, którego nie mieli. Jutra, którego nie dane było przeżyć... Jutra, w którym nie spełniły się niczyje marzenia, w którym nie narodziły się dzieci, w którym nikt się nie zestarzał.... Jutra, które zabrała wojna... Requiem dla nienarodzonych dzieci maturzystów 1938 roku...
Dziś, w 70-ą rocznicę wybuchu II wojny światowej, chcę (choć nie wiem, czy potrafię) napisać o książkach, które o okrucieństwie wojny opowiadają, także nie wprost... Przemawiają w imieniu dwóch małych dziewczynek...

Pierwsza z nich jest bohaterką jednego z opowiadań książki Stefanii Zawadzkiej “W oblężonej Warszawie (wydawnictwo NK 1969)
Tytułowa Hanusia jest cztero, może pięciolatką... Nie rozstaje się ze swoją piękną, jasnowłosą lalą o niebieskich oczach, którą dostała w prezencie od wujka. Z nią schodzi codziennie do schronu w piwnicy, Jej tłumaczy, że w mieszkaniu jest niebezpiecznie, Ją otula do snu własną kołderką. Ta lalka- Basia, powiernica i przyjaciółka małej Hani, wszystko rozumie. Tak jak dziewczynka, boi się warkotu samolotów, huku pocisków, blasku pożarów... Tego doświadcza... Lalka- Basia i mała Hania w wieku mojej Zosi...
Któregoś dnia, bawiąc się w mieszkaniu słyszy nadlatujące bombowce. Razem z mamą, przerażona biegnie do schronu. Zapomina o lalce. Tylko na chwilę. Zaraz potem rozpacza. W przerwie pomiędzy zgiełkiem wybuchających bomb, w krótkiej jak okamgnienie chwili ciszy, Hania wyrywa się mamie, wraca po lalkę... Na górze, w mieszkaniu, słyszy jeszcze przestraszony, nawołujący z dołu głos mamy, znajduje Basię, wygląda przez okno... A potem... Potem nie ma już nic. Okien, schodów, piwnic, mamy, sąsiadów, słońca.... Jest tylko mała, wystraszona dziewczynka w kraciastej sukience, tuląca do serca ocaloną lalkę...
Zwykle unikam streszczania całości.... Nie dziś. Opowiadanie o Hani jest jednym z wielu.... Tym, które najsilniej i najboleśniej zapada w pamięć. Mnie- dziecku, mnie-matce....


Druga z książek mojego, karmionego martyrologią dzieciństwa, nosi tytuł “Skrzydlate przyjaciółki” (wydawnictwo M. Kot 1947). Autorem jest Henryka (?) Augustynowicz-Ciecierska. Bohaterką powieści jest także Hania, 10-letnia, ogromnie wrażliwa dziewczynka, która na skutek wstrząsu, wywołanego aresztowaniem taty przez gestapo, zapada na zapalenie opon mózgowych. Lekarz zaleca zmianę miejsca pobytu, odpoczynek, spokój, dietę bogatą w witaminy... Hania wyjeżdża do Porąbek, do wioski rodziców swojej mamy, do dziadka- pszczelarza, snującego niezwykłe historie z życia ukochanych “dziateczek”, z życia pszczół i rojów...
Jego “wykłady” dla Haneczki, ciekawe, choć nie pozbawione popularnonaukowych rozważań, nie nużą czytelnika, są cudownym uzupełnieniem fabuły książki.
Czy wiecie na przykład. że królowa- matka, zajmująca się w ulu tylko składaniem jajeczek, robi to niemal co minutę? A pszczoła- robotnica, żyjąca przeciętnie 4-5 tygodni, wykonuje kolejno przeróżne prace dla dobra roju....? Karmi larwy, magazynuje miód, jest strażniczką ula, dopiero pod koniec życia awansuje na zbieraczkę tzw pierzgi- pyłku kwiatowego?
Te wszystkie informacje przekazywane w niezmiernie ciekawy sposób przeplatają się z codziennością Hani w białym domku wśród sadów i łąk... Dziewczynka nawiązuje pełne ciepła i miłości relacje z dziadkami, z Martą- gospodynią, z niezdyscyplinowanym psem-urwisem o imieniu Szlem:) Spragniona towarzystwa innych dzieci, zaintrygowana dziwnie wysokim ogrodzeniem odzielającym posiadłość dziadka od domu sąsiadów, zaprzyjaźnia się z chłopcem zza tajemniczego płotu... Wrażliwością, uporem, dziecięcą pogodą, pokonuje wiele uprzedzeń dorosłych...
Opowieść toczy się leniwie i sielsko... a w tle, gdzieś niedaleko Porąbek, pasieki, sadów i słońca... giną ludzie, trwa wojna, ktoś strzela, ktoś zrzuca bombę... Gdzieś ktoś walczy, kogoś aresztuje gestapo, ktoś tęskni, ktoś umiera...
“Skrzydlate przyjaciółki” to pozornie letnia, słoneczna książka. Z wojną w drugim planie, który co pewien czas przysłania sielskość, spokój, urok sadów, ogrodów, pasiek....

Dlaczego o tym piszę? Dlaczego “Skrzydlate przyjaciółki” (odnalezione w antykwariacie) przeczytałam mojej pięcioletniej Zosi? Zasłuchanej w powieść...
Bo “trzeba dziś znowu młodzież nauczyć, iz pierwszą i najważniejszą rzeczą jest życie, a potem dopiero wygoda”
Musimy uczyć w szkołach, przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem (M. Edelman)

piątek, sierpnia 14, 2009

Porządki na strychu


Tak się jakoś złożyło, że i ja robiłam porządki na strychu, nie umawiając się całkiem z Zojką ;) Znalazłam książkę, którą chyba moge nazwać "Biblia mojej młodości" - bradzo młodej młodosci :)

Myślę, że zainteresuje nie tylko dziewczyny, choć do nich jest przede wszystkim kierowana. Narratorka - bohaterka, Alina, żyje w śląskiej rodzinie na początku ubiegłego stulecia. Wychowana razem z dwoma braćmi, nigdy nie byłą układną dziewczynką w wykrochmalonej sukience z kokardami, jak lekko obśmiane w książce jej kuzynki. Za to przeżywa wiele - od połknięcia tytułowej żaby, poprzez unieszkodliwienie grożnej bestii po ... demoralizację szkolnej koleżanki za pomocą kota. Książka napiasana z niezwykłyum humorem, pamiętam, jak czytałąm ją - oczywiście pod kołdrą, wciskając twarz w poduszkę, żeby mój chichot nie zdemaskował mnie przed mamą... Niestety, metoda była zupełnie nieskuteczna i zwykle lektura kończyła się brutalnym skonfiskowaniem latarki. Raz spróbowałam czytać ze świeczką... to by tłumaczyło, dlaczego szalone pomysły Aliny tak mnie pociągały ;)

Wracam dziś do tej książki, zaskoczona, jak wiele zmieniło się przez te omal sto lat, jak mało zmienili się ludzie.

czwartek, sierpnia 13, 2009

Dom pod kasztanami

Książki mają to do siebie, że nie starzeją sie mimo upływu czasu. Chyba najbardziej odporne na czas są przekazywane z pokolenia na pokolenie baśnie i opowieści baśniowe... Opowieści magiczne, które bliskie dzieciom, sprawiają także, że czytający dorosły powraca do krainy zapomnianego, "czarownego" dzieciństwa. Do krainy, w której wszystko jest możliwe, choć nie zawsze proste i jednoznaczne...

Dom pod kasztanami” Heleny Bechlerowej
to opowieść nadzwyczajna, taka właśnie ponadczasowa. Nie starzejąca się językowo i merytorycznie... Poetycka (choć prozą:) podróż dwojga dzieci, Kasi i Piotrusia, do świata fantazji. Świata, do którego wkraczają podczas wakacji spędzanych u cioci, w domu pod kasztanami (co “wiosną zapalają nad domem piękne, kwiatowe świeczniki”). Właściwie cała książka to leniwie rozsnuwana baśń, w którą zagłębiają się z pomocą kota- tygrysa i czarodziejskiego zaklęcia dzieci...

“Tygrysku, dziwne oczy masz,
tygrysku, pewnie czary znasz.
Więc na Twoje zawołanie
coś dziwnego niech się stanie”

I staje się baśń... Ożywa makówkowy król, lamentujący do samego siebie: “Nie masz brody, korony, królu niedokończony”... Deszczowy panek w łódeczce, jak z cieniutkiego szkła, zaprasza do pałacu, w którym plecie się z barwnych skrawków podniebna tęcza... Czarownica z wierzbowej dziupli częstuje wiśniami i.... kwiatami malwy, zamieniającymi się w lodowe pucharki.... Ze starego zegara na strychu wyfruwają kolorowe ptaki, a z nieba schodzi do dzieci miękka i puszysta Wielka Niedźwiedzica...

Fantazja rodzeństwa snuje się po strychu, na którym mieszka Czarnogrzywek, koń na biegunach i rzeźbiony lew z poręczy fotela... Snuje się przez całe lato, przerywana zupełnie realnymi, słodkimi podwieczorkami cioci Iwy, agrestowym plackiem, ciasteczkami, jagodową zupą....:) Któż z nas nie marzył o takich wakacjach, ilu z nas takie czarodziejskie wakacje przeżyło...?:)

"Dom pod kasztanami" to nie tylko wysmakowana baśń, pięknie opowiedziana słowami Heleny Bechlerowej. To także szczególne, pełne magii i wdzięku ilustracje Szancera, którego nie bez powodu nazywa się “ilustratorem dziecięcych marzeń”... Ilustracje, z którymi książka (sama w sobie cudowna) staje się zupełnie niezwykła....


Ja, zainspirowana pożyczonym z biblioteki egzemplarzem, rozpoczęłam na allegro poszukiwania mych dziecięcych perełek.... Tylko część z nich zachowała się w moim domu. Skompletuję wszystkie dla Zosi:) A w Czytulankach, wydzielam kącik lektur ze strychu, zakątek zakurzonych i zapomnianych (lub nie:) książek dzieciństwa....