Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla uczniów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla uczniów. Pokaż wszystkie posty

wtorek, października 26, 2010

Eldorado

Niektórzy wiedzą, a niektórzy nie wiedzą o pewnej mojej młodzieńczej fascynacji, która swoje początki miała w “zamierzchłych” czasach mych lat licealnych:) Fascynacji, która przygnieciona realiami życia zdecydowanie wyblakła, ale która ciągle jeszcze w najmniej spodziewanych momentach, uderza jakąś niesamowitą historią, fotografią, zakątkiem i rzecz jasna przypadkowo spotkaną książką (ta jest niezawodna od zawsze:)
Fascynacja moja, latami już nie pielęgnowana, wybuchła któregoś pięknego dnia feerią kolorów w księgarni. Galerią obrazów, które wdarły się w zakamarki pamięci, poruszając lawinę ekscytujących wrażeń związanych z lekturami Kosidowskiego i nie tylko. Lekturami dotyczącymi kultury Inków.
Marek Probosz, polski aktor, reżyser i podróżnik mieszkający w Stanach Zjednoczonych, zafascynowany inkaską kulturą napisał książkę- baśń, osnutą na motywach legendy o Eldorado. Eldorado- nigdy nie odkrytym miejscu pełnym tajemnic, bogactw, nieprzebranych skarbów i sekretów. Eldorado- odkrywanym każdego dnia...

Autor opowiada nam baśń na dobranoc...

“Legendy głoszą, że królowie imperium Inków ukryli przed wiekami skarby Eldorado gdzieś głęboko w dżungli, na dnie górskich jaskiń w Andach, aby nie wpadły w ręce chciwych i okrutnych hiszpańskich najeźdźców. Od tamtego czasu wielu śmiałków poszukiwało bogactw Inków, ale nikomu do dziś nie udało się ich odnaleźć. Eldorado i tajemnice świata Inków nadal czekają na swego odkrywcę...”

Gdzie te skarby się znajdują? W Andach, w jeziorze Titicaca, w Pieninach? (bo przecież legenda naszego polskiego zamku w Niedzicy także opowiada o odnalezionej pod schodami zamku, ołowianej tulei z testamentem, spisanym na rzemykach inkaskim pismem węzełkowym- kipu)

Wracając jednak do książki M. Probosza i jego historii... Oto pewnej nocy do biednego staruszka robiącego słodycze z ziemniaków i ziół (a uznawanego we wsi za nieszkodliwego wariata), przychodzą dawni założyciele miasta Cuzco- stolicy Inków. Królewskie rodzeństwo wskazuje staruszkowi podczas snu drogę do pełnego skarbów, legendarnego Złotego Pałacu Eldorado.
Jest jednak pewien haczyk, jak mawiają moje siostrzenice.
Staruszek nie może nikomu zdradzić miejsca ukrycia skarbów.
Ale z dobroci serca, by pomóc biednym, zapracowanym mieszkańcom maleńkiego Calca, pewnie także trochę, by podbudować swoje poczucie wartości i zyskać imię dobroczyńcy, wyjawia pilnie dotąd strzeżoną tajemnicę...

“Powiem Wam prawdę, bo pragnę wszystkim pomóc, bo nie chcę, aby ktokolwiek w Calca był biedny. Życie może być piękne, słodkie jak moje cukierki, wszyscy mamy prawo do szczęścia (...) Jeszcze dziś poprowadzę Was do Eldorado. Nie jestem wariatem, znam drogę, byłem tam.”

Nietrudno domyślić się, jak kończy się ta historia. Ale oprócz tej przewidywalnej, bo znanej z legend opowieści, jest coś jeszcze. Jest mądrość. Pod pozorem wędrówki w poszukiwaniu bogactwa i dostatku, autor odkrywa prawdę o Eldorado, które jest na wyciągnięcie ręki dla każdego z nas... Odkrywa Eldorado naszych serc, Eldorado miłości i szacunku do drugiego człowieka... Wystarczy mickiewiczowskie: “Miej serce i patrzaj w serce”...

“Moje ukochane dzieci śpią (...) Ich głowy pachną anielsko, jak czarodziejski kwiat waquanki. Emiliano i Walentynka to moja ziemia, na której nie ma zła, mój odnaleziony głęboko w sercu miłosny skarb- Eldorado.”

Książka jest pięknie wydana przez wydawnictwo Stentor. Ale najpiękniejsze w niej, prócz niezaprzeczalnie cudownie opowiedzianej przez autora legendy, są ilustracje! Ilustracje irańskiej artystki Mehrdokht Amini. Wyjątkowe, barwne, fotograficzne! Czasem mroczne, czasem urzekające kolorami i egzotyką. To one spowodowały, że kupiłam tę książkę w księgarni. Nawet nie tematyka, tak bliska moim dawnym pasjom, ale właśnie obrazy. Czarowne, bogate, plastyczne. Więcej znajdziecie ich na stronie artystki, link obok: Mehrdokht Amini.



czwartek, września 09, 2010

Baśnie narodów...

Jakoś tak cicho i pusto zrobiło się na Czytulankowym blogu. Ostatni marcowy wpis rozbujał wiatrem i otumanił zapachem realnej, nie książkowej wiosny. Tymczasem wiosna ustąpiła przed latem, a lato w ciągu ostatnich tygodni babim latem uraczyło:) Najwyższy to czas reaktywować blog, rozleniwiony słońcem... Ale także hamakiem i książką:)

Baśniami karmiłyśmy z Zosią wspólne wakacyjne dni... pięknymi, mądrymi baśniami, dość mocno czasem zakurzonymi...
Baśniami, które plastycznie przenosiły nas w czasie i przestrzeni, z kraju do kraju, z jednej nieprawdopodobnej rzeczywistości do drugiej... Oślepione słońcem, kolorem i gwarem wschodniego rynku, z dochodzącym zewsząd nawoływaniem osiołków: balek, balek... przenosiłyśmy się na bliższe nam kulturowo szlaki bursztynowe...

Trzy książki, kilkadziesiąt opowieści, tysiące słów. Wielka literatura dla dzieci i dla dorosłych... Zapraszam:)

Zacznijmy od tomiku z baśniami “O wróżkach i czarodziejach” Natalii Gałczyńskiej (żony poety Konstantego Ildefonsa). Od książki na motywach ludowych bajek francuskich, którą Zosia dostała w prezencie urodzinowym od pewnej przesympatycznej mamy z Wrocławia:)
Świat zwiewnych, eterycznych księżniczek, dzielnych rycerzy i mówiących ludzkim głosem zwierząt przenika do świata widziadeł, zaklęć, mrocznych sekretów.
Oto Naneta, córka złotnika, opuszcza dom rodzinny, by wypełnić wolę zaczarowanego Lwa, od którego dostaje najpiękniejszą na świecie różę (to baśń, która najbardziej spodobała się mojej sześcioletniej Zosi).
Czarnowłosa Finetta w błyszczących kolczykach, królowa cyganów więziona przez wielkoluda, czarami pomaga chłopcu, do którego wyrywa się Jej serce...
Artur, syn drwala, zostaje królewskim chrześniakiem i wyrusza na spotkanie przeznaczeniu...
A Agnieszka o oczach jak skrawek nieba odkrywa, że ludzie po drugiej stronie lasu są tacy sami. To, co nieznane i inne nie musi oznaczać gorszego...

Wszystkie baśnie, pięknie wydane przez wydawnictwo Świat Książki, opowiedziane są w mistrzowski sposób poetyckim, barwnym, nienagannym językiem. Literatura to prawdziwie wysokich lotów:)


Kolejnym zbiorem przecudnych, egzotycznych opowieści jest “Srebrna gołębica” w opracowaniu Wandy Markowskiej i Anny Milskiej. Zaczytana przeze mnie książka dzieciństwa, a właściwie wczesnej młodości:) Historie tu zebrane to baśnie Narodów Związku Radzieckiego oparte na motywach oryginalnych. Urzekają wschodnim pięknem, zapachami, nazwami, które melodyjnie i miękko otulają skronie albo twardo i obco tną powietrze, zanim falą dźwiękową się stanie dla ucha.... Obok typowo rosyjskiej Maszeńki czy Zulejki... Nuszaperi- Chanum, córka padyszacha Kandagary i Melik- Dżumszud... Obok Nastii i Annuszki... Czatyr, Melike-Chanum i Karaszasz.
A baśnie... Jak miód i mleko:) Z domieszką cierpkiego imbiru...
O ślicznej carycy Maszeńce, w gołębia zamienionej przez zazdrosną czarownicę- Wasylisę.
O dzielnej Marite, która, niczym andersenowska Eliza, koszulki wyplata z pokrzyw dla swych braci-wilków...
O Nuszaperi-Chanum, co wyklęta przez ojca, odwagą i miłością kruszy jego okrutne serce...

Baśnie rosyjskie, estońskie, mołdawskie, gruzińskie, kirgiskie, turkmeńskie, karelskie... Wachlarz narodów...


Na deser rodzime “Bursztynowe baśnie” Hanny Zdzitowieckiej (wydanie z 1972 r).
Z intrygującym, malowanym bursztynem wizerunkiem Juraty na okładce. Juraty w koronie i naszyjniku, w którym mieszka słońce...
Urzekające historie z Bałtykiem i przyrodą w roli głównej. Historie spisane pięknym literacko, choć czasem oszczędnym językiem. Historie wywołujące różnorodne emocje dziecięcych serc... groźne, dramatyczne, wesołe i wzruszające. Baśnie, jakich próżno dziś szukać... o morzu, jego podwodnych skarbach, głębinach, mieszkańcach rybackich chat i pięknych, nadbałtyckich okolic...
Choćby baśń o Juracie, córce władcy morza z bursztynowego pałacu, co bogactwami podwodnymi mamiła młodziutkiego Jurka. Chłopiec, zakochany w czekającej na łódce Hance, opiera się urokom morskiej boginki... Czy zostanie ukarany za odmowę władczyni morza?
Albo niezwykła historia Wiosny, która miała spać snem wiecznym. Piękna, płomienna, pełna przyrody i pląsów parafraza bajki o śpiącej królewnie. Wiatr i Grom niosą po świecie dobrą nowinę o narodzinach dziewczynki... Zapraszają na chrzciny rusałkę wodną Roświtę, wieszczkę łąkową Jaskrotę, boginkę leśną Dąbrówkę, górską nimfę Skalnicę i polną dziwożonę Stokłosę... Omijają tylko pieczarę Nietoperzycy, która, jak to wiedźma zła, nieproszona przybywa na uroczystość. I nieproszona straszne zaklęcie wymawia nad kołyską niemowlęcia... Komu i w jaki sposób uda się odczarować Wiosnę?

Trudno wybrać najpiękniejszą baśń tego zbiorku, taką najpełniej zapadającą w pamięć i wrażliwość... Piękna i pouczająca jest historia o grymaśnej księżniczce, która bardzo chciała mieć naszyjnik z kropel rosy.
I ta o królewskim latarniku, o odwadze i miłości Wita i Maryjki... I o zaklętych drzewach... O olbrzymie, z kaszubska zwanym Stolemem...
Czytając te baśnie można rozkochać się w morzu... I przy okazji dowiedzieć się, dlaczego jest słone:)


Czy o takim naszyjniku marzyła księżniczka?
“W tej właśnie chwili krople rosy zawieszone na pajęczynach rozsnutych po rżysku, zabłysnęły wszystkimi barwami tęczy. Słońce zapaliło w nich ogniki czerwone, zielone, szafirowe i złote.
-Skąd się wzięły te piękne klejnoty? Chcę je mieć! “

poniedziałek, marca 29, 2010

Skąd się biorą wilki?

Pewnego dnia Ania nie miała nic do roboty. Usiadła więc i zaczęła myśleć o tajemnicach świata. Skąd się, na przykład, wzięły na nim rozmaite zwierzęta? I jak to się stało, że są aż tak rozmaite?”

Tak zaczyna się pewna niezwykła opowieść Zofii Beszczyńskiej, która tajemniczymi ścieżkami fantazji prowadzi małą Anię przez bezdroża nierzeczywistego świata. Opowieść niezwykła także dlatego, że trudna do zaklasyfikowania i przyporządkowania do jednego, konkretnego gatunku literackiego. Opowieść z pogranicza baśni, prozy poetyckiej, filozofii...
Dziewczynka, bohaterka książeczki “Skąd się biorą wilki” wydawnictwa Mila, nie tylko stawia pytania o istotę rzeczy, ona poszukuje odpowiedzi i znajduje ją w tkanych poezją, malarskich obrazach dziecięcej wyobraźni.
Tylko dziecko potrafi bowiem układać świat z plam, kształtów, świateł, cieni i kolorów. Tylko ono potrafi wymyślać go wciąż na nowo, zaludniając śpiewającymi ślimakami, jaszczurkami z rudego mchu i wilkami z kosmatego śniegu.
Tylko dziecko. I dorosły, który wewnętrzne dziecko zdołał w sobie ocalić.

Ania beztrosko, nieco bezładnie przemieszcza się w wyobrażonej czasoprzestrzeni zdziczałych ogrodów, lasów, afrykańskich sawann. Odkrywając tajemnice pochodzenia zwierząt, spotyka po drodze całą plejadę baśniowych postaci. Elfa, który na oczach dziewczynki wykluwa się z orzecha, Tęczaka, Anabellę podróżującą na lwie...

Kolory, kształty, magia. Wszystko miesza się, przenika, śni, mami...

W świecie Zofii Beszczyńskiej, w świecie małej Ani, w świecie zasłuchanej w historię prawie 6-letniej Zosi, lwy wyrastają z traw na sawannie, tygrysy powstają z gorącego piasku, a żyrafy ze słońca błyskającego przez liście:

“Gęste korony wysokich akacji rzucały długie cienie na ziemię i niebo, a ostatnie promienie słońca sączyły się przez nie jak przez sito. I tak migotały, tak migotały, aż nie wiedzieć kiedy zamieniły się w długie żyrafie szyje.”

W takim świecie wszystko jest możliwe. Baśń spotyka się z poezją, dziecko z lwem, a z łuku tęczy zsuwa się całe mnóstwo Tęczaków, każdy innego koloru.

Ja z przyjemnością przeprowadziłam przez ten świat swoją Zosię.
W naszym zabieganiu, troskach, codzienności, niejednokrotnie gubimy poezję, którą dostrzega dziecko. Ono uczy nas patrzeć wyżej i widzieć więcej... Przypomniał mi się wiersz, który dawno temu napisałam dla swojej małej jeszcze córeczki, pasuje tutaj:)

Nauczyciel od zachwytów

Lubię Twoje maleńkie zamyślenia nad patyczkiem, kamyczkiem, kwiatkiem
Lubię maleńkie zachwycenia nad motylem, biedronką i wróblem

Uczysz mnie świata radosnych odkryć, kolorów, szeptów i szelestów
Gdy pochylasz się nad listkiem, plamą światła na dywanie co tęczą się mieni

Paluszkiem odliczasz kolejny cud świata

A ja stoję na krawędzi nieba
Zatrzymana w biegu codzienności

Pochylam się nad listkiem, plamą światła, biedronką i kamieniem

Dziękuję Opatrzności, że zesłała mi Ciebie- nauczyciela od zachwytów...

poniedziałek, listopada 16, 2009

Kochajcie czarownice:)

O czarownicach napisano już tak wiele i w tak różny sposób, że każda kolejna literacka próba podejmująca wysiłek i tematykę związaną z wiedźmami, z założenia może być jedynie wariacją, mniej lub bardziej zbliżoną do pozostałych i często skazaną na niepowodzenie, a tym bardziej zagubienie pomiędzy setkami tomów zalegających księgarskie półki.
Bo jak konkurować z “Malutką czarownicą” czy panną Price z “Gałki od łóżka”? Czy z wieloma innymi, zasłużonymi wiedźmami literatury dziecięcej?
Jak wielce mylący to osąd, przekonałam się niedawno z Zosią... Wypożyczając z biblioteki zupełnie nam nie znaną książkę, zupełnie nam nie znanej autorki...

Odwiedzając czarownice” pióra Lidii Miś, to książka absolutnie nietuzinkowa. Kompozycyjnie przemyślana (opowieść wpleciona w baśń, jak w dobieranym warkoczu, po troszeczku:), spójna, mądra, pełna ciepła i magii. A w dodatku świeża i pomysłowa!

Oto bowiem ośmioletnia dziewczynka wypożycza z biblioteki zakurzony egzemplarz książki o czarownicach... Wieczorem, przy delikatnym świetle lampki nocnej, rozpoczyna lekturę... i nieoczekiwanie przekracza zaczarowane wrota bajki. Wkracza w świat tańczących wokół ognia siedmiu sióstr- czarownic. Sióstr, które niewiele mają ze sobą wspólnego (prócz pokrewieństwa i magii).

Asia, wędrując przez baśniową krainę, odwiedza każdą z siedmiu wiedźm. Wie, że tylko w ten sposób wróci do rzeczywistego, realnego świata. A wiedźmy... choć skłócone ze sobą, są zaskakująco wspaniałe, wielkie sercem i duchem... Niezwykłe!
Jest więc Taka, której zamiast włosów wierzbowe gałązki na głowie rosną, jest i Taka, która po maślanym torze na pupie zjeżdża ze śmiechem:) Jest Taka, która w soplach lodu się przegląda i mrożoną herbatą częstuje, jest i Taka, która Nianią być musi dla siedmiu rozkapryszonych córek siedmiu skłóconych czarownic:)))

Książka zaskakuje pomysłowością kolejnych spotkań Asi z niezwykłymi siostrami, w niezwykłych miejscach. Co wyniknie z tych spotkań dla siedmiu czarownic i dla ośmioletniej bohaterki, uwikłanej w baśniowy chaos? Jakie prezenty od Czarownic dostanie odważna dziewczynka i jaki z nich zrobi użytek? Czyje marzenia w końcu spełni?

To musicie doczytać już sami... Dodam tylko, że książkę przeczytałam pięcioletniej Zosi w jeden wieczór. Nie mogłyśmy zasnąć bez poznania zakończenia:)

Jako, że w mojej głowie, przypomniana lektura natychmiast wywołuje lawinę kolejnych, przeczytanych wspólnie z córeczką, polecę jeszcze jedną “czarowną”, bo także traktującą o czarach książkę.
Tym razem nieco starszą opowieść Wiery Badalskiej pt “Jak oswoić czarownicę”. Z cudownymi ilustracjami Ewy Salamon, bardzo charakterystycznymi, malowanymi z rozmachem, przypominającymi plątaninę roślin i makaron na głowach bohaterów:) Pewnie są wśród Was tacy, którzy owe ilustracje pamiętają z książek Marii Terlikowskiej “Kuchnia pełna cudów” i “Kuchnia pełna niespodzianek”:) Mniam:)
Wracając jednak do fabuły książki pani Wiery Badalskiej... wydanej już po śmierci autorki na podstawie publikowanych w “Świerszczyku” szkiców powieści.

Lektura to pasjonująca, dowcipna, przekorna, pełna ciepła i żartu:)
Profesor Zapełka z dziećmi, dziesięcioletnią Emcią, o rok młodszymi bliźniakami Protem i Filipem oraz jamnikiem Cosikiem spędzają wakacje w leśnej głuszy, nad jeziorkiem, we wsi o nazwie Starodęby... Pierwsze wakacje bez mamy, która jako parazytolog, bada w Afryce robaki.
Nader często zamyślający się profesor matematyki, ze strzechą rudych włosów na głowie, rezolutna Emcia, hałaśliwi bracia, z których jeden nie wymawia głoski “r” i mama, której nie ma, bo jest gdzie indziej, to całkowicie nieprzeciętny obrazek rodziny wyjeżdżającej na urlop.
Nic więc dziwnego, że i urlop okazuje się nieprzeciętny:)
Po drodze do Starodębów zwariowana rodzinka spotyka czarownicę o imieniu Josanta.


“Była niewielkiego wzrostu. Niższa może trochę od Emci. Czerwona sukienka, a raczej strzępy sukienki nie wiadomo jakim cudem trzymały się na chudych ramionkach. Na szyi miała zawiązaną zieloną wstążkę, na której wisiał zielony kamień rzeźbiony w przedziwne znaki. Ręce podrapane, paznokcie połamane, a nogi... Nogi, o dziwo, choć gołe i poobijane, tkwiły w ślicznych, nowiutkich kozaczkach z czerwonej, błyszczącej skóry.”

“- Jaka ona jest ładna!- wykrzyknęła Emcia"
"- Rzeczywiście, prześliczna! Rozkudłana jak czałownica i obdałta...” Prot, co “r” nie wymawia w słowach nie przebiera:)


Co wyniknie z tego spotkania dla wszystkich? Oprócz kłopotów z samochodem i kaktusa na dłoni Prota?:)
Gwarantuję, że będzie działo się wiele... Pojawi się groźna ciotka Meluzyna, tajemnicze zaklęcie rzucone tysiąc lat temu, zielony stworek Wdeszczak, uwięzienie w gospodzie Pod Zębatym Wilkołakiem, próba odczarowania Josanty i Jej oswojenia... I jak to w bajkach bywa najwierniejszy, najmądrzejszy i najlepszy czar odkrywa... :)

poniedziałek, października 26, 2009

Wiatr z księżyca

Na początku rozsmakowałam się w urokliwym słuchowisku na podstawie pewnej książki... Dopiero wiele miesięcy później, na allegro wypatrzyłam także samą książkę. Obydwie z Zosią zakochałyśmy się na zabój w słowno-muzycznych dialogach zaadaptowanych na potrzeby słuchowiska i w ich literackim pierwowzorze z 1944 roku:)


Wiatr z księżyca” Erica Linklatera w przekładzie Andrzeja Nowickiego, to powieść dla nieco starszych przedszkolaków i uczniów (oswojonych już z dłuższą formą przekazu i wypowiedzi literackiej).
Za to jaka to powieść! Pod każdym względem wyjątkowa!
Wartka, nie pozbawiona humoru i pełna niespodzianek fabuła, z całą plejadą wyrazistych, pełnokrwistych bohaterów, którym autor nadaje “mówiące, stygmatyzujące” imiona. Jest więc panna Rozumek (elokwentna i ekscentryczna guwernantka), jest policjant Gwiżdż, jest sędzia Grzmot, doktor Fosfor, pan Żeberko (rzeźnik), Kasia Okruszek (córka piekarza), pan i pani Tasiemka (prowadzący sklep z pasmanterią), pastor Filar i wielu, wielu innych... z miasteczka Harmider:) I w naszym realnym życiu pojawiły się po lekturze książki takie nazwiska:) Ooo, na przykład miód kupujemy na rynku od pana Pszczółki, a chlebek od pana Bułeczki:)

Wracając jednak do bohaterów miasteczka... Są wśród nich Dora i Flora, dwie siostrzyczki, próbujące ze wszech miar sprostać wyobrażeniom rodziców względem grzeczności. Próbujące sprostać, często z odwrotnym do zamierzonego skutkiem:)
Oto bowiem jabłonka poobwieszana dzwoneczkami na pożegnanie wyjeżdżającego taty, wywołuje hałas, który stawia na nogi cały dom. A próba przepakowania bagażu taty sprawia, że galowy mundur ojca, zwinięty w rulon (dla oszczędzenia, zdaniem córek, miejsca w walizce) nadaje się do powtórnego prasowania, wymiętoszony okrutnie...:)
“Rodzice- myślały obie dziewczynki- nie potrafią być wdzięczni. Nie rozumieją, że chciałyśmy pomóc w pakowaniu kufra, nie poznali się zupełnie na ślicznym koncercie rozdzwonionej jabłoni. Tatuś i mamusia nie mają o niczym najmniejszego pojęcia.”

A to dopiero początek...:)
Potem jest coraz ciekawiej:) Oto siostry, udowadniając pannie Rozumek istnienie Wiedźmy z Ciemnoboru, rozsypują na podłodze czarodziejski groch i wypuszczają na wolność gołębie z tapety pokoju nauczycielki!
A po pewnym czasie, chcąc zemścić się na mieszkańcach miasteczka za ich żarty, wypijają magiczny eliksir, z takich oto składników warzony przez Panią Wiedźmę:)

Łapę małpy, mózg robaka,
rybią skrzelę, ryj prosiaka,
szczyptę soli, olej z moli.
Cień śródnocy, róży cierń,
wąs tygrysi, ogon mysi
I do tego czerń i biel!

Wszystko razem wrzucić w gar,
dmuchać w ogień, by był żar,
często mieszać w krąg i wspak,
aż właściwy będzie smak.

Pióro ptaka, co nie fruwa,
szczypce raka, oko żółwia,
język węża, żądło żmii,
dwie brodawki z krecich szyi.
Z nozdrzy byka włoski trzy
i dwie krokodyle łzy.

Sowie jajo, kolec jeża,
krew wyssaną z nietoperza,
blask księżyca, wodę z kałuż
i garść proszku, czyli miału.
Z zachłyśniętej krtani ość,
białe coś i czarne coś.

Wszystko razem wrzucić w gar,
dmuchać w ogień, by był żar...

Jak Wam się podoba skład owej mikstury? Na przykład “z nozdrzy byka włoski trzy”?!
I co konkretnie chcą osiągnąć dziewczynki wypijając ów, przyznacie, wielce szatański napój? Dora i Flora wiedzą to dobrze..... Po wypiciu eliksiru.... zamieniają się w kangurki! Tak, tak, moi drodzy.... A to nadal dopiero początek historii...:)

Książka jest pełna przygód, błyskotliwa, skrząca dowcipem, pomysłami, czyta się ją jednym tchem...:) Jest fantastyczną lekturą dla dzieci i rodziców na długie, jesienne wieczory! Zwłaszcza, że owe jesienne wieczory wiatrem hulają... Z księżyca go niosąc...:)
“A jeśli to jest zły wiatr, a ktoś akurat jest niegrzeczny, to może mu dmuchnąć prosto w serce i potem już przez długi, długi czas będzie niegrzeczny.”:)

N
ie zapominajmy wszak o bonusie muzycznym:)
Słuchowisko “Przygody Dory i Flory” nagrane na podstawie tekstu Linklatera przez Polskie Radio, 46 lat temu (a przypomniane w ubiegłym roku) to po prostu majstersztyk aranżacyjno-muzyczny!
Świetna obsada aktorska, cudowne piosenki, znakomite wykonania, klimat, humor, akcja, tempo... Muzyka Jerzego Wasowskiego, Irena Kwiatkowska w roli panny Rozumek, Kazimierz Wichniarz (Zagłoba z ”Potopu”) jako sędzia Grzmot, to tylko niektóre z atutów tych dwóch krążków CD, które powinny obowiązkowo znaleźć się w płytotekach dzisiejszych przedszkolaków. Świetna zabawa gwarantowana!

“Oto przygody Dory i Flory,
które są grzeczn
e, a może nie.
Ten kto ich nie zna aż do tej pory,
teraz z pewnością je poznać chce.

Teraz z pewnością je poznać chce!”

środa, października 14, 2009

Tajemnica Matyldy

"Wszystkiego, co naprawdę musisz wiedzieć, nauczyłeś się w dzieciństwie"

Są takie książki, które rozświetlają dusze, które wygładzają kanty, łagodzą niepokoje i przeganiają szorstkie myśli. Które pozostawiają światło na długo po zamknięciu ostatniej strony.... Które są od początku do końca “skończoną myślą”...

Tajemnica Matyldy” Anny Czerwińskiej-Rydel (z wykształcenia pedagoga i muzyka) to książka, w której znalazłam wszystko, czego szukałam w literaturze dla dzieci... Mądrą, pełną uroku i ciepła historię, piękny literacko język; cudowne, malarskie ilustracje; nieuchwytną delikatność i ogromną wrażliwość, z jaką autorka porusza trudne tematy. Wreszcie muzykę.... Tę, którą tworzą rozdziały książki i tę, którą na jej kartach, odkrywa dla siebie dziewczynka o pięknym imieniu, Matylda... Muzykę skrzypiec, zaplątaną w kolejnych nutach i słowach, coraz to nowych pociągnięciach małej rączki, sunącej smyczkiem po strunach drewnianego instrumentu z duszą...

W książce jest samotność, jest potrzeba bliskości i akceptacji... Jest także radość obcowania z drugim człowiekiem. Jest tęsknota dziecka i gonitwa dorosłego, który w codziennym zabieganiu zapomina o najważniejszym. Jest mądry, uważny nauczyciel i kot Gawot (co znajduje drogę, by zaszyć się i wtulić w zakamarki dźwięków:) Koty zawsze znajdują tę drogę, może dlatego tak często są tematem malarskich płócien:)

Matylda- bohaterka opowieści to wrażliwa, ujmująca wdziękiem i serduszkiem dziewczynka, marząca o rodzeństwie, zwierzaku, mamie. Mamie, która zatrzyma się w biegu i znajdzie czas dla córki...
Wszyscy jesteśmy po trosze takimi rodzicami, zabieganymi, zmęczonymi niejednokrotnie, nie zawsze uważnie słuchającymi swoich dzieci... I nawet nie to jest najważniejsze..... Najważniejsze jest, byśmy zrozumieli, że “dziecko w tym wieku ma się tylko raz w życiu. Ten czas nigdy nie wróci”...
Musimy to zrozumieć, by nasze dzieci mogły bez lęku odkrywać przed nami swoje tajemnice i powierzać niepokoje... By mogły z odwagą spełniać swoje marzenia... By codzienne historie znajdowały szczęśliwe zakończenia... Jak to:
Kot Gawot zamieszkał z Matyldą i jej mamą, które rozpieszczały go okropnie. Kotka Zwrotka z panią Alicją spotykały się z nimi często. A Matylda została wspaniałą skrzypaczką. Ale to już inna historia”.

"Tajemnica Matyldy" doczekała się (ku mojej radości) kontynuacji. Obydwie z Zosią czekamy niecierpliwie na przesyłkę z merlina:) Na kolejną książkę Anny Czerwińskiej- Rydel:) Czekamy na “Marzenie Matyldy” i na płytę z muzyką skrzypcową:)

środa, października 07, 2009

poezja pór roku

Podczas długich jesiennych wieczorów, kiedy będziemy siadać w kręgu lampy oświetlającej nasze głowy i główki naszych dzieci, być może w tańcu błysków z kominka, poczytajmy poezję. Nie wierszyki czy rymowane bajeczki dla dzieci. Prawdziwą poezję na jesienną szarugę.
Na strychu wynalazłam dwie książki ze swojego dzieciństwa, które w piękny sposób pokazują współistnienie człowieka w cyklu pór roku.
Dla dzisiejszej młodzieży, spędzającej zwykle czas w zamkniętych pomieszczeniach, pokonującej odległości między domem a przedszkolem czy szkołą jednak na czterech kółkach, czasem niedostrzegalne są te zmiany, którymi ludzkość fascynowała się od prawieków.
Niedawna rozmowa ze znajomą młodą mamą uświadomiła mi jeszcze i to, że niedługo nasze dzieci zupełnie nie będą wiedziały, jak rozpoznać gatunki drzew chociażby po liściach i owocach.


Książka "Od wiosny do wiosny" to zbiór wierszy i krótkich form narracyjnych, których bohaterami są zazwyczaj wiejskie dzieci. Utwory te ułożone są właśnie w cyklu pór roku. Dzieci poznają budzącą się do życia przyrodę, przylatujące ptaki, uczą się nazw kwiatów, zbierają bursztyny na plaży. Dla mnie jest to także sentymentalna podróż do czasów, kiedy siano kosiło się kosą, a żyto żęło sierpem. Wiersze mają często formę piosenek ludowych, są melodyjne, rytmiczne, powtarza się refren. Autorkami wierszy są Hanna Zdzitowiecka i Stefania Szuchowa . O swojej nienachalnej edukacyjności niech zaświadczą same - wybrałam akurat jeden, kóry powinnam dedykować wieczornemu gościowi z naszego ogrodu ;)

No i co? Zdziwieni, że jeże nie jedzą jabłek?


D
ruga z wyszperanych na strychu, to jedna z mocih ulubionych lektur w dzaieciństgwie. "Słonecznikowe nutki" Karoliny Kusek już samym tytułem wprowadzają ciepły, przytulny nastrój. A po otwarciu czarują słowem, obrazem, szatą graficzną wydania. To piękna poezja przez duże P. Prześlicznie ilustrowana, równiez ułożona cyklicznie. Wiersz zajmuje pół strony, której margines jest w stosownym do pory roku kolorze, a cała książeczka mieni się tęczowo - od szmaragdowej zieleni "Skowronka", poprzez żółć "Rumianka", "Rudą ciszę", po biel "Usypiania strumyka". Krótkie, nieprzegadane, a jakże trafnie opisujące piękno przyrody, czasem banalnie proste, wręcz niedostrzegalne przez szybę mknącego samochodu.

Zatrzymajcie się na chwilę w ostatnich promieniach słońca, wsłuchajcie się w szelest liści i słów. Prawda, że przyjemnie?

wtorek, września 01, 2009

O dwóch Haniach...

Wojna jest mym irracjonalnym lękiem, jest koszmarem, który śniłam w dzieciństwie, jest niepokojem czasu dorosłego... Wczoraj ze łzami w oczach i “kluchą” w gardle obejrzałam polski film o maturzystach 1938 roku. O ich pierwszych miłościach, naiwności, wierze, ideałach, nadziejach jutra, którego nie mieli. Jutra, którego nie dane było przeżyć... Jutra, w którym nie spełniły się niczyje marzenia, w którym nie narodziły się dzieci, w którym nikt się nie zestarzał.... Jutra, które zabrała wojna... Requiem dla nienarodzonych dzieci maturzystów 1938 roku...
Dziś, w 70-ą rocznicę wybuchu II wojny światowej, chcę (choć nie wiem, czy potrafię) napisać o książkach, które o okrucieństwie wojny opowiadają, także nie wprost... Przemawiają w imieniu dwóch małych dziewczynek...

Pierwsza z nich jest bohaterką jednego z opowiadań książki Stefanii Zawadzkiej “W oblężonej Warszawie (wydawnictwo NK 1969)
Tytułowa Hanusia jest cztero, może pięciolatką... Nie rozstaje się ze swoją piękną, jasnowłosą lalą o niebieskich oczach, którą dostała w prezencie od wujka. Z nią schodzi codziennie do schronu w piwnicy, Jej tłumaczy, że w mieszkaniu jest niebezpiecznie, Ją otula do snu własną kołderką. Ta lalka- Basia, powiernica i przyjaciółka małej Hani, wszystko rozumie. Tak jak dziewczynka, boi się warkotu samolotów, huku pocisków, blasku pożarów... Tego doświadcza... Lalka- Basia i mała Hania w wieku mojej Zosi...
Któregoś dnia, bawiąc się w mieszkaniu słyszy nadlatujące bombowce. Razem z mamą, przerażona biegnie do schronu. Zapomina o lalce. Tylko na chwilę. Zaraz potem rozpacza. W przerwie pomiędzy zgiełkiem wybuchających bomb, w krótkiej jak okamgnienie chwili ciszy, Hania wyrywa się mamie, wraca po lalkę... Na górze, w mieszkaniu, słyszy jeszcze przestraszony, nawołujący z dołu głos mamy, znajduje Basię, wygląda przez okno... A potem... Potem nie ma już nic. Okien, schodów, piwnic, mamy, sąsiadów, słońca.... Jest tylko mała, wystraszona dziewczynka w kraciastej sukience, tuląca do serca ocaloną lalkę...
Zwykle unikam streszczania całości.... Nie dziś. Opowiadanie o Hani jest jednym z wielu.... Tym, które najsilniej i najboleśniej zapada w pamięć. Mnie- dziecku, mnie-matce....


Druga z książek mojego, karmionego martyrologią dzieciństwa, nosi tytuł “Skrzydlate przyjaciółki” (wydawnictwo M. Kot 1947). Autorem jest Henryka (?) Augustynowicz-Ciecierska. Bohaterką powieści jest także Hania, 10-letnia, ogromnie wrażliwa dziewczynka, która na skutek wstrząsu, wywołanego aresztowaniem taty przez gestapo, zapada na zapalenie opon mózgowych. Lekarz zaleca zmianę miejsca pobytu, odpoczynek, spokój, dietę bogatą w witaminy... Hania wyjeżdża do Porąbek, do wioski rodziców swojej mamy, do dziadka- pszczelarza, snującego niezwykłe historie z życia ukochanych “dziateczek”, z życia pszczół i rojów...
Jego “wykłady” dla Haneczki, ciekawe, choć nie pozbawione popularnonaukowych rozważań, nie nużą czytelnika, są cudownym uzupełnieniem fabuły książki.
Czy wiecie na przykład. że królowa- matka, zajmująca się w ulu tylko składaniem jajeczek, robi to niemal co minutę? A pszczoła- robotnica, żyjąca przeciętnie 4-5 tygodni, wykonuje kolejno przeróżne prace dla dobra roju....? Karmi larwy, magazynuje miód, jest strażniczką ula, dopiero pod koniec życia awansuje na zbieraczkę tzw pierzgi- pyłku kwiatowego?
Te wszystkie informacje przekazywane w niezmiernie ciekawy sposób przeplatają się z codziennością Hani w białym domku wśród sadów i łąk... Dziewczynka nawiązuje pełne ciepła i miłości relacje z dziadkami, z Martą- gospodynią, z niezdyscyplinowanym psem-urwisem o imieniu Szlem:) Spragniona towarzystwa innych dzieci, zaintrygowana dziwnie wysokim ogrodzeniem odzielającym posiadłość dziadka od domu sąsiadów, zaprzyjaźnia się z chłopcem zza tajemniczego płotu... Wrażliwością, uporem, dziecięcą pogodą, pokonuje wiele uprzedzeń dorosłych...
Opowieść toczy się leniwie i sielsko... a w tle, gdzieś niedaleko Porąbek, pasieki, sadów i słońca... giną ludzie, trwa wojna, ktoś strzela, ktoś zrzuca bombę... Gdzieś ktoś walczy, kogoś aresztuje gestapo, ktoś tęskni, ktoś umiera...
“Skrzydlate przyjaciółki” to pozornie letnia, słoneczna książka. Z wojną w drugim planie, który co pewien czas przysłania sielskość, spokój, urok sadów, ogrodów, pasiek....

Dlaczego o tym piszę? Dlaczego “Skrzydlate przyjaciółki” (odnalezione w antykwariacie) przeczytałam mojej pięcioletniej Zosi? Zasłuchanej w powieść...
Bo “trzeba dziś znowu młodzież nauczyć, iz pierwszą i najważniejszą rzeczą jest życie, a potem dopiero wygoda”
Musimy uczyć w szkołach, przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem (M. Edelman)

sobota, sierpnia 22, 2009

Olbrzym z zamczyska baśni

Jest gdzieś na krańcach świata wrzosowisko, targane wiatrem. Jest zamczysko, otulone mgłą złudzenia pełnego ruin. Jest przeogromna, tchnąca spokojem biblioteka, a w niej... wśród tysięcy woluminów... umierający Olbrzym, strażnik opowieści ludzkości, znający każdą z nich od początku do końca... Umierający ze świadomością, że nagromadzone przez cztery tysiące lat historie, baśnie, zdarzenia prawdziwe i zmyślone odchodzą razem z nim....
I jest historia, której Olbrzym nie zna, historia na którą czeka z bolesnym utęsknieniem, historia Jego ocalenia...
To ocalenie mogą przynieść dzieci... Filigranowa Rani z Indii, Hasan- syn dyplomaty z Bliskiego Wschodu, rezolutna Betts z Los Angeles i Liam- chłopiec z rybackiego kutra...
Dzieci, wplecione w jeden wspólny sen w zamczysku na rozległych wrzosowiskach... wsnute w jeden sen i w wiele, wiele opowiedzianych historii... Może któraś z nich ocali baśń, zamek i Olbrzyma, ocali od zapomnienia całą tę wiedzę i mądrość, którą człowiek posiadł stopniowo od prapoczątków... Czy dzieciom się uda? Czy znajdą historię ocalenia? Czy zdążą opowiedzieć ją Olbrzymowi przed nastaniem świtu, przed końcem snu? Snu jednej nocy i jednej nieznanej historii wśród setek opowiedzianych?

Olbrzym z zamczyska baśni” Briana Pattena (wydawnictwa Skrzat), ze świetnymi ilustracjami Chrisa Riddella, to przedziwny zbiór opowieści z różnych stron świata, szczególnych, bo dotykających blisko i czasem szorstko (a nawet brutalnie) tematu przemijania, strachu, cwaniactwa, śmierci i ucieczki przed nią...
Zbiór baśni- przypowieści, wywodzących się z najdalszych zakątków globu i z najstarszych mądrości ludu... Baśni spisanych na podstawie arabskich, afrykańskich, chińskich, japońskich i europejskich podań ludowych, na podstawie angielskich legend i bajek Ezopa... Baśni niełatwych i nie wesołych...
Jak choćby chińska przypowieść o pandzie, która szukała różnicy pomiędzy niebem a piekłem... by na koniec dojść do wniosku, że “niebo i piekło wyglądają w zasadzie tak samo (...) samolubne pandy tworzą swoje piekło, a dobre- swoje niebo”....
Jak przypowieść o nadziei... która pozwoliła małpom przetrwać przeraźliwie mroźną noc. Tylko tym, które uwierzyły, że dmuchając na świetliki okryte gałązkami i suchymi liśćmi rozpalą ogień...
Jak opowieść o wędrowcach, zmierzających w kierunku tego samego miasta. Spotykających na rozstaju dróg mędrca... Jednemu z wędrowców mędrzec mówi, że miejsce, do którego zmierza jest okropne, a drugiemu, że wspaniałe?... Dlaczego?

Baśnie tego zbioru opowiadają sobie w ciągu jednej nocy i w trakcie jednego snu, dzieci i Olbrzym... Coraz bardziej gorączkowo... By znaleźć tę jedną, jedyną, nieznaną Olbrzymowi, która ocali wszystkie inne... Opowiadają szukając w pamięci tych najstarszych, najdawniej zapamiętanych, unikatowych...
“Bo historie trzeba opowiadać, historii trzeba słuchać, jeżeli mają przetrwać”
“Niepowtarzane historie starzeją się i giną albo odchodzą w niebyt zasklepione w jakimś umarłym języku. Bez odpowiedniej strawy wszystko na świecie ginie (...) nieopowiadane historie, niekochani ludzie”...

Więc opowiadajmy, czytajmy naszym dzieciom, to co pamiętamy, co nas kształtowało i co kształtuje nasze dzieci... Co nowe i co bardzo, bardzo stare... Następny wpis będzie o tym starym, będzie o bolesnym...

niedziela, sierpnia 16, 2009

Co nieco o sprawach... przyziemnych

Każdy rodzic wie, że rozmowy z dziećmi nie zawsze oscylują wokół spraw, których estetycznego piękna nikt by nie podważył. Dzieci nierzadko zadają zupełnie przyziemne pytania, a z ich, naturalnego przecież, braku wyczucia, "co wypada, a co nie wypada", wynika czasami całkiem niezły galimatias, jeśli zmieszany rodzic akurat w danym momencie nie za bardzo wie, co odpowiedzieć.
Jako czytelniczka nie raz spotkałam się z książkami, które wprawiały mnie w zakłopotanie, na przykład z powodu kontrowersyjnego ujęcia tematu. Odbierałam je różnie, w zależności od wrażliwości autora i moich możliwości percepcji. Kilka razy zdarzyło się tak, że odkładałam lektury z niesmakiem, ale czasami, kiedy zdołałam zaakceptować zaproponowaną konwencję, czytałam je do końca, nie żałując wyboru.
Wśród literatury dziecięcej i młodzieżowej również zdarzają się takie "perełki", które, pomimo pierwszego, nie do końca pozytywnego wrażenia, mogą się okazać - dowcipne, ciekawe, czy pouczające. Zmierzam do tego, byśmy, jako przewodnicy po literaturze naszych dzieci, nie bali się tematów trudnych, a nawet - na pierwszy rzut oka - obrzydliwych ;)

Z zagadnień chyba najbardziej przyziemnych, jakie być mogą, a mimo to wartych wymienienia, weźmy na przykład temat wypróżniania. Nie chodzi mi jednak bynajmniej o samą czynność i związany z nią problem nocnikowania, ale o... sam produkt tejże czynności. Otóż książki traktujące o kupie, a przeznaczone dla małego czytelnika, są co najmniej trzy. Pierwszą z nich jest wydana w zeszłym roku w Polsce nakładem wydawnictwa Jacek Santorski & Co "Mała książka o kupie" Pernilli Stalfelt. Jest ona przeznaczona dla dzieci, na moje oko w wieku 6-7 lat, i można ją w całości obejrzeć w internecie, gdzie rozbawieni jej treścią internauci postanowili ją pokazać wszem i wobec, wrzucając zdjęcia lub skany kolejnych stron. Trudno mi do końca ocenić jakość tej właśnie książki, ale wydaje mi się, że akurat tej pozycji to ja bym nie kupiła ani nie chciałabym jej przeczytać swojemu dziecku. Pod względem ilustracji również mnie nie zachwyca.

Zupełnie inaczej jest z uroczą książeczką wydaną przez wydawnictwo Hokus Pokus "O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę". Jest to pozycja adresowana do młodszych czytelników (ok. 3 lat), ciekawie ilustrowana i bardzo ładnie wydana, a przy tym dowcipna w treści, nie narzucająca się ani swoją formą, ani treścią. Ta opowieść o sympatycznym kreciku, który z dociekliwością godną wszystkim ciekawskim stworzeniom chce odnaleźć sprawcę całego zamieszania, jest jak najbardziej do zaakceptowania nawet dla najbardziej wrażliwych czytelników. Jej autor, niemiecki dziennikarz i profesor komunikacji wizualnej na uniwersytecie w Weimarze, Werner Holzwarth, pewnie nie spodziewał się, że jego dowcipna książeczka zostanie przetłumaczona aż na 27 języków ;)

Starszym czytelnikom warto z kolei polecić wydaną niedawno przez wydawnictwo Dwie Siostry książkę "Kupa. Przyrodnicza wycieczka na stronę". Ta całkiem poważna już książka pomaga małym dociekliwym badaczom świata zrozumieć świat przyrody od nieco innej strony. Dzieci dowiedzą się z niej np., że odchody zwierząt mogą nam wiele powiedzieć o ich zwyczajach, chorobach, trybie życia. Nicola Davies w ciekawy sposób opisuje, po co zwierzętom latryny, dlaczego niektóre zwierzęta zjadają odchody (i że nazywają się ona koprofagami) oraz przedstawia sposoby wypróżniania się przez różne gatunki zwierząt (co zresztą widać chociażby podczas każdej wizyty w Zoo). Warto wspomnieć, że polskim konsultantem tej książki był Adam Wajrak, który od lat na łamach "Gazety Wyborczej" pisze o polskiej przyrodzie i zwyczajach zwierząt. Książka jest przeznaczona dla dzieci powyżej 6 roku życia, ale moja 5-letnia Zosia była nią żywo zainteresowana.
Oczywiście to, czy będziemy w stanie podobne książki zaakceptować i przeczytać je naszym dzieciom, zależy tylko i wyłącznie od nas.

piątek, sierpnia 14, 2009

Porządki na strychu


Tak się jakoś złożyło, że i ja robiłam porządki na strychu, nie umawiając się całkiem z Zojką ;) Znalazłam książkę, którą chyba moge nazwać "Biblia mojej młodości" - bradzo młodej młodosci :)

Myślę, że zainteresuje nie tylko dziewczyny, choć do nich jest przede wszystkim kierowana. Narratorka - bohaterka, Alina, żyje w śląskiej rodzinie na początku ubiegłego stulecia. Wychowana razem z dwoma braćmi, nigdy nie byłą układną dziewczynką w wykrochmalonej sukience z kokardami, jak lekko obśmiane w książce jej kuzynki. Za to przeżywa wiele - od połknięcia tytułowej żaby, poprzez unieszkodliwienie grożnej bestii po ... demoralizację szkolnej koleżanki za pomocą kota. Książka napiasana z niezwykłyum humorem, pamiętam, jak czytałąm ją - oczywiście pod kołdrą, wciskając twarz w poduszkę, żeby mój chichot nie zdemaskował mnie przed mamą... Niestety, metoda była zupełnie nieskuteczna i zwykle lektura kończyła się brutalnym skonfiskowaniem latarki. Raz spróbowałam czytać ze świeczką... to by tłumaczyło, dlaczego szalone pomysły Aliny tak mnie pociągały ;)

Wracam dziś do tej książki, zaskoczona, jak wiele zmieniło się przez te omal sto lat, jak mało zmienili się ludzie.