Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z bliblioteczki Zosi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z bliblioteczki Zosi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, października 26, 2010

Eldorado

Niektórzy wiedzą, a niektórzy nie wiedzą o pewnej mojej młodzieńczej fascynacji, która swoje początki miała w “zamierzchłych” czasach mych lat licealnych:) Fascynacji, która przygnieciona realiami życia zdecydowanie wyblakła, ale która ciągle jeszcze w najmniej spodziewanych momentach, uderza jakąś niesamowitą historią, fotografią, zakątkiem i rzecz jasna przypadkowo spotkaną książką (ta jest niezawodna od zawsze:)
Fascynacja moja, latami już nie pielęgnowana, wybuchła któregoś pięknego dnia feerią kolorów w księgarni. Galerią obrazów, które wdarły się w zakamarki pamięci, poruszając lawinę ekscytujących wrażeń związanych z lekturami Kosidowskiego i nie tylko. Lekturami dotyczącymi kultury Inków.
Marek Probosz, polski aktor, reżyser i podróżnik mieszkający w Stanach Zjednoczonych, zafascynowany inkaską kulturą napisał książkę- baśń, osnutą na motywach legendy o Eldorado. Eldorado- nigdy nie odkrytym miejscu pełnym tajemnic, bogactw, nieprzebranych skarbów i sekretów. Eldorado- odkrywanym każdego dnia...

Autor opowiada nam baśń na dobranoc...

“Legendy głoszą, że królowie imperium Inków ukryli przed wiekami skarby Eldorado gdzieś głęboko w dżungli, na dnie górskich jaskiń w Andach, aby nie wpadły w ręce chciwych i okrutnych hiszpańskich najeźdźców. Od tamtego czasu wielu śmiałków poszukiwało bogactw Inków, ale nikomu do dziś nie udało się ich odnaleźć. Eldorado i tajemnice świata Inków nadal czekają na swego odkrywcę...”

Gdzie te skarby się znajdują? W Andach, w jeziorze Titicaca, w Pieninach? (bo przecież legenda naszego polskiego zamku w Niedzicy także opowiada o odnalezionej pod schodami zamku, ołowianej tulei z testamentem, spisanym na rzemykach inkaskim pismem węzełkowym- kipu)

Wracając jednak do książki M. Probosza i jego historii... Oto pewnej nocy do biednego staruszka robiącego słodycze z ziemniaków i ziół (a uznawanego we wsi za nieszkodliwego wariata), przychodzą dawni założyciele miasta Cuzco- stolicy Inków. Królewskie rodzeństwo wskazuje staruszkowi podczas snu drogę do pełnego skarbów, legendarnego Złotego Pałacu Eldorado.
Jest jednak pewien haczyk, jak mawiają moje siostrzenice.
Staruszek nie może nikomu zdradzić miejsca ukrycia skarbów.
Ale z dobroci serca, by pomóc biednym, zapracowanym mieszkańcom maleńkiego Calca, pewnie także trochę, by podbudować swoje poczucie wartości i zyskać imię dobroczyńcy, wyjawia pilnie dotąd strzeżoną tajemnicę...

“Powiem Wam prawdę, bo pragnę wszystkim pomóc, bo nie chcę, aby ktokolwiek w Calca był biedny. Życie może być piękne, słodkie jak moje cukierki, wszyscy mamy prawo do szczęścia (...) Jeszcze dziś poprowadzę Was do Eldorado. Nie jestem wariatem, znam drogę, byłem tam.”

Nietrudno domyślić się, jak kończy się ta historia. Ale oprócz tej przewidywalnej, bo znanej z legend opowieści, jest coś jeszcze. Jest mądrość. Pod pozorem wędrówki w poszukiwaniu bogactwa i dostatku, autor odkrywa prawdę o Eldorado, które jest na wyciągnięcie ręki dla każdego z nas... Odkrywa Eldorado naszych serc, Eldorado miłości i szacunku do drugiego człowieka... Wystarczy mickiewiczowskie: “Miej serce i patrzaj w serce”...

“Moje ukochane dzieci śpią (...) Ich głowy pachną anielsko, jak czarodziejski kwiat waquanki. Emiliano i Walentynka to moja ziemia, na której nie ma zła, mój odnaleziony głęboko w sercu miłosny skarb- Eldorado.”

Książka jest pięknie wydana przez wydawnictwo Stentor. Ale najpiękniejsze w niej, prócz niezaprzeczalnie cudownie opowiedzianej przez autora legendy, są ilustracje! Ilustracje irańskiej artystki Mehrdokht Amini. Wyjątkowe, barwne, fotograficzne! Czasem mroczne, czasem urzekające kolorami i egzotyką. To one spowodowały, że kupiłam tę książkę w księgarni. Nawet nie tematyka, tak bliska moim dawnym pasjom, ale właśnie obrazy. Czarowne, bogate, plastyczne. Więcej znajdziecie ich na stronie artystki, link obok: Mehrdokht Amini.



czwartek, września 09, 2010

Baśnie narodów...

Jakoś tak cicho i pusto zrobiło się na Czytulankowym blogu. Ostatni marcowy wpis rozbujał wiatrem i otumanił zapachem realnej, nie książkowej wiosny. Tymczasem wiosna ustąpiła przed latem, a lato w ciągu ostatnich tygodni babim latem uraczyło:) Najwyższy to czas reaktywować blog, rozleniwiony słońcem... Ale także hamakiem i książką:)

Baśniami karmiłyśmy z Zosią wspólne wakacyjne dni... pięknymi, mądrymi baśniami, dość mocno czasem zakurzonymi...
Baśniami, które plastycznie przenosiły nas w czasie i przestrzeni, z kraju do kraju, z jednej nieprawdopodobnej rzeczywistości do drugiej... Oślepione słońcem, kolorem i gwarem wschodniego rynku, z dochodzącym zewsząd nawoływaniem osiołków: balek, balek... przenosiłyśmy się na bliższe nam kulturowo szlaki bursztynowe...

Trzy książki, kilkadziesiąt opowieści, tysiące słów. Wielka literatura dla dzieci i dla dorosłych... Zapraszam:)

Zacznijmy od tomiku z baśniami “O wróżkach i czarodziejach” Natalii Gałczyńskiej (żony poety Konstantego Ildefonsa). Od książki na motywach ludowych bajek francuskich, którą Zosia dostała w prezencie urodzinowym od pewnej przesympatycznej mamy z Wrocławia:)
Świat zwiewnych, eterycznych księżniczek, dzielnych rycerzy i mówiących ludzkim głosem zwierząt przenika do świata widziadeł, zaklęć, mrocznych sekretów.
Oto Naneta, córka złotnika, opuszcza dom rodzinny, by wypełnić wolę zaczarowanego Lwa, od którego dostaje najpiękniejszą na świecie różę (to baśń, która najbardziej spodobała się mojej sześcioletniej Zosi).
Czarnowłosa Finetta w błyszczących kolczykach, królowa cyganów więziona przez wielkoluda, czarami pomaga chłopcu, do którego wyrywa się Jej serce...
Artur, syn drwala, zostaje królewskim chrześniakiem i wyrusza na spotkanie przeznaczeniu...
A Agnieszka o oczach jak skrawek nieba odkrywa, że ludzie po drugiej stronie lasu są tacy sami. To, co nieznane i inne nie musi oznaczać gorszego...

Wszystkie baśnie, pięknie wydane przez wydawnictwo Świat Książki, opowiedziane są w mistrzowski sposób poetyckim, barwnym, nienagannym językiem. Literatura to prawdziwie wysokich lotów:)


Kolejnym zbiorem przecudnych, egzotycznych opowieści jest “Srebrna gołębica” w opracowaniu Wandy Markowskiej i Anny Milskiej. Zaczytana przeze mnie książka dzieciństwa, a właściwie wczesnej młodości:) Historie tu zebrane to baśnie Narodów Związku Radzieckiego oparte na motywach oryginalnych. Urzekają wschodnim pięknem, zapachami, nazwami, które melodyjnie i miękko otulają skronie albo twardo i obco tną powietrze, zanim falą dźwiękową się stanie dla ucha.... Obok typowo rosyjskiej Maszeńki czy Zulejki... Nuszaperi- Chanum, córka padyszacha Kandagary i Melik- Dżumszud... Obok Nastii i Annuszki... Czatyr, Melike-Chanum i Karaszasz.
A baśnie... Jak miód i mleko:) Z domieszką cierpkiego imbiru...
O ślicznej carycy Maszeńce, w gołębia zamienionej przez zazdrosną czarownicę- Wasylisę.
O dzielnej Marite, która, niczym andersenowska Eliza, koszulki wyplata z pokrzyw dla swych braci-wilków...
O Nuszaperi-Chanum, co wyklęta przez ojca, odwagą i miłością kruszy jego okrutne serce...

Baśnie rosyjskie, estońskie, mołdawskie, gruzińskie, kirgiskie, turkmeńskie, karelskie... Wachlarz narodów...


Na deser rodzime “Bursztynowe baśnie” Hanny Zdzitowieckiej (wydanie z 1972 r).
Z intrygującym, malowanym bursztynem wizerunkiem Juraty na okładce. Juraty w koronie i naszyjniku, w którym mieszka słońce...
Urzekające historie z Bałtykiem i przyrodą w roli głównej. Historie spisane pięknym literacko, choć czasem oszczędnym językiem. Historie wywołujące różnorodne emocje dziecięcych serc... groźne, dramatyczne, wesołe i wzruszające. Baśnie, jakich próżno dziś szukać... o morzu, jego podwodnych skarbach, głębinach, mieszkańcach rybackich chat i pięknych, nadbałtyckich okolic...
Choćby baśń o Juracie, córce władcy morza z bursztynowego pałacu, co bogactwami podwodnymi mamiła młodziutkiego Jurka. Chłopiec, zakochany w czekającej na łódce Hance, opiera się urokom morskiej boginki... Czy zostanie ukarany za odmowę władczyni morza?
Albo niezwykła historia Wiosny, która miała spać snem wiecznym. Piękna, płomienna, pełna przyrody i pląsów parafraza bajki o śpiącej królewnie. Wiatr i Grom niosą po świecie dobrą nowinę o narodzinach dziewczynki... Zapraszają na chrzciny rusałkę wodną Roświtę, wieszczkę łąkową Jaskrotę, boginkę leśną Dąbrówkę, górską nimfę Skalnicę i polną dziwożonę Stokłosę... Omijają tylko pieczarę Nietoperzycy, która, jak to wiedźma zła, nieproszona przybywa na uroczystość. I nieproszona straszne zaklęcie wymawia nad kołyską niemowlęcia... Komu i w jaki sposób uda się odczarować Wiosnę?

Trudno wybrać najpiękniejszą baśń tego zbiorku, taką najpełniej zapadającą w pamięć i wrażliwość... Piękna i pouczająca jest historia o grymaśnej księżniczce, która bardzo chciała mieć naszyjnik z kropel rosy.
I ta o królewskim latarniku, o odwadze i miłości Wita i Maryjki... I o zaklętych drzewach... O olbrzymie, z kaszubska zwanym Stolemem...
Czytając te baśnie można rozkochać się w morzu... I przy okazji dowiedzieć się, dlaczego jest słone:)


Czy o takim naszyjniku marzyła księżniczka?
“W tej właśnie chwili krople rosy zawieszone na pajęczynach rozsnutych po rżysku, zabłysnęły wszystkimi barwami tęczy. Słońce zapaliło w nich ogniki czerwone, zielone, szafirowe i złote.
-Skąd się wzięły te piękne klejnoty? Chcę je mieć! “

środa, lutego 03, 2010

Zima z białym niedźwiedziem

Zamieć śnieżna za oknem idealnie koresponduje z książką, o której za chwilę opowiem:) Z książką magiczną, jak wiele innych opowieści Heleny Bechlerowej...

Zima z białym niedźwiedziem” to historia Grzesia i śniegowego Barłaja... W przeciwieństwie do “Domu pod kasztanami” tejże autorki, przygody chłopca, choć równie zaczarowane i przetkane tajemnicą, toczą się w scenerii zgoła odmiennej. "Dom pod kasztanami" to lato, wakacje, ciepło, agrestowe podwieczorki i lody z wierzbowej dziupli... A przygody z Barłajem to gęsto sypiący śnieg, kwiaty na oknach mrozem malowane, sople, święta, chochoły różane...

Książka o Grzesiu i niedźwiedziu to skrząca fantazją baśń zimowa, która zaskakuje ogromem niespodzianek i przygód, jakie spotykają chłopca.
Wszystko zaczyna się całkiem niewinnie, od bałwana... Ale bałwana niezwykłego. Bo miast nosa z marchewki (którego ma każdy inny, statystyczny i szanujący się bałwan:) ten ma w miejscu nosa rumianego rogala:) Na głowie czapkę z piórami, a w ustach fajkę:) Tak przynajmniej jest wieczorem i w nocy, bo po południu następnego dnia, przechylający się wolno bałwan wpada nosem w śnieg... A przez furtkę wpada do ogrodu Grześ... Czy uda Mu się podnieść niezgrabnego bałwana? A może zobaczy w śniegowych kulach coś, co przywiedzie na myśl zupełnie inną postać?

“Wiedziałem, że coś wymyślisz! - ucieszył się Grześ. Już nie jesteś bałwanem, tylko niedźwiedziem! Ale głowę masz za bardzo okrągłą i w ogóle trzeba cię troszkę przerobić. Po tej robocie rękawiczki były zupełnie mokre, za to niedźwiedź miał pysk, uszy i ogon (...) Teraz już nic mu nie brakowało. Leżał ciężki, gruby, patrzył przed siebie i czekał, co będzie dalej”.

A dalej... Dalej snuje się Grzesiowa fantazja... Niedźwiedź otrzymuje imię Barłaj. Daleko, za ogrodem dzwonią sanki przejeżdżającej Zimy, za oknem pada zaczarowany śnieg...

“Kiedy pada taki śnieg,
z bajki śnieg, zza siedmiu rzek,
po ogrodzie wtedy chodzi
miękki, biały i puszysty
śniegowy czarodziej”.

Kolejne rozdziały książki zaskakują historiami bajkowych podróży po zasypanym śniegiem ogrodzie. Podróży, w które Barłaj zabiera chłopca... Mnie i Zosię najbardziej urzekła opowieść o śpiących różach... Niedźwiedź wymruczał zaklęcie i słomiany chochoł stał się domem ze złotymi drzwiami, za drzwiami zaś...
“Na podłodze leżał dywan haftowany w róże, na dywanie stały fotele haftowane w róże, a na każdym fotelu spała róża- królewna.
Same śpiące królewny!- zawołał Grześ. W bajce jest tylko jedna, a tu ich tak dużo!”

Nie wolno jednak zbudzić żadnej z nich...
Ciszy i różanego snu strzeże ktoś mieszkający w zegarze. Nie, nie kukułka.... Sowa!
Surowa dla nieproszonych gości:
“Kto tu wkradł się, kto tu przyszedł?
Kto zimową mąci ciszę?
Niech nie szepcze, niech nie woła,
bo zamienię go w chochoła!”

Inne opowieści są równie czarowne i równie zaskakujące... W kolejnych rozdziałach pojawi się Tonia, Zimowiec, miś- pluszak...

Poszukajcie w swoich bibliotekach.... Książka zasługuje, by ją odnaleźć. Zwłaszcza, gdy za oknem pada śnieg...
“A kiedy pada taki śnieg,
z bajki śnieg, zza siedmiu rzek...”

I chyba nikogo nie zdziwi, że w moim ogrodzie śpi w tym roku polarny niedźwiedź:) Mocno przysypany śniegiem:)

wtorek, lipca 28, 2009

O królewnie, która widziała tylko to, co chciała:)

W większości królewny wyobrażamy sobie jako eteryczne, zwiewne istoty obdarzone pięknem ciała i duszy:) Zachwycające urodą, pokornie czekające na księcia, który albo obudzi je pocałunkiem albo przybywając na rączym koniu uwolni z wieży wysokiej:)

Królewna, o której dziś opowiem to dziewczynka o wdzięcznym imieniu Bajdurka. Odidealizowana, będąca ucieleśnieniem przymiotów i przywar współczesnego kilkulatka:)
Królewna, która widzi tylko to, co widzieć sama chce!:) Zostawia po sobie okruszki jedzenia, nie zauważa rozlanego kakao, potrąconej niani, zdeptanych kwiatów i rozrzuconych w pokoju zabawek... Nie pomagają zapisane przez medyków pastylki o smaku czekoladowych lodów, nie pomagają różowe okulary... Zrozpaczeni (“poważną chorobą oczu” córki) rodzice szukają pomocy u czarnoksiężnika. A ten, mamrocząc pod wąsem zaklęcia, przygotowuje specjalną miksturę! Naprawdę specjalną!:) Ów eliksir o przedziwnej woni (nie zdradzę jakiej:) będzie skutecznym lekarstwem na wiele przypadłości takich królewien mieszkających współcześnie w wielopiętrowych blokowiskach:) Jestem przekonana, że nie tylko moja Zosia potrzebuje go od czasu do czasu:) Bajdurka w każdym razie cudownie odzyskuje wzrok! Ku radości króla i królowej:)

Książeczka została wydana przez Naszą Księgarnię w serii “Moje poczytajki”, a autorką tekstu jest Agnieszka Galica. Kiedyś, na blogu Zosi, pisałam o króciutkich opowiastkach “dla Misia i Margolci”, uwielbianych przez mą córkę i o płytach z pięknie zaaranżowaną muzyką dla dzieci. To właśnie pani Agnieszka jest twórczynią większości bajek i piosenek z tego kapitalnego programu dla najmłodszych, sprzed lat. Żaden inny nie dorównał mu jakością i zawartością merytoryczną... może poza Domisiami:) Bo i tam autorami są w wiekszości Ci sami tekściarze i muzycy, m. in Agnieszka Galica, Magda Jasny (która tak pięknie zilustrowała “Bajki dla Misia i Margolci”) i aktorzy: Tomasz Gęsikowski, Beata Wyrąbkiewicz...

O tych bajkach jeszcze kiedyś napiszę:)

środa, lipca 22, 2009

O dwóch takich... przedszkolakach:)))

Mimo, że wakacje są czasem odpoczynku od przedszkolnych zmagań Zosi, to przedszkole jako miejsce przygód rówieśników mej córki, towarzyszy nam codziennie na kartkach książek...
W dodatku nie byle jakich. Książek na wskroś współczesnych, pisanych lekko, z rozmachem, humorem i wdziękiem oraz książek z pożółkłymi stronami i wytartym grzbietem z czasów mojego dzieciństwa, pachnących biblioteką, antykwariatem, kurzem, ze śladami lepkich łapek (najpewniej moich:) Taką książkę o Wojtusiu, dostałam dawno temu od swojej mamy... Jest w niej dedykacja z 14 sierpnia 1980 roku... “Mojej kochanej córuni, na urodziny, mamusia”. Ja pamiętam nawet chwilę zakupu tej książki, w kiosku przed czteropiętrowym blokiem na Dąbrowie (prowadzonym dawniej przez rodziców dziewczynki o przedziwnym imieniu Larysa).

Drugi Wojtuś” Mieczysławy Buczkówny to książka, której bohaterem jest Piotruś- przedszkolak (znany wcześniej z “Najwyższej góry”, potem także z “Piotrusia Pierwszaka”). Chłopiec obdarzony wyobraźnią, ograniczaną przez kontrolę dorosłych, zbierający kolorowe szkiełka, marzący o własnym kotku, czerwonym rowerze i zaczarowanej, szklanej kulce:) I o przyjaźni z Wojtusiem! Wojtusiem- zabawką, która każdego dnia czeka w domu na swojego małego właściciela i każdego dnia pomału oddala się od dorastającego dziecka... I z Wojtusiem- chłopcem, przedszkolnym kolegą, z którym razem przeżywać chce małe i wielkie, codzienne przygody. Świat fantazji (jak to u kilkulatka:) wspóistnieje z teraźniejszością...:) Z wykrzywioną na widok mleka z kożuchem buzią, ze strachem, gdy pielęgniarka w przedszkolu szczepi dzieci przeciwko tyfusowi (dzieciństwo Piotrusia przypada na koniec lat 60-tych)... Chłopiec mieszka z rodzicami, babcią i maleńką siostrzyczką Ewą, której początkowo wcale nie darzy braterskim uczuciem. Bo jak bawić się z kimś, kto jest taki malutki, skrzywiony, płaczliwy, kto w dodatku zajął pokój do zabawy i odbiera całą uwagę mamy:) Dorośli w tej książce reprezentują typowy model rodziny, niezmiennej mimo upływu czasu... Zagonieni, zapracowani, skupieni na codziennych kłopotach, nie zawsze znajdują czas dla dziecka. A raczej nie znajdują go w takiej ilości, jakiej potrzebuje dziecko. Bo chociaż kochają nad życie, swą uwagę dzielą pomiędzy pięć osób i mnóstwo ich spraw...:)
Ta książka opowiada o wielu różnych światach na wielu różnych płaszczyznach. Jest przedszkole i dom, rodzice i koledzy, koledzy i zabawki, świat realny i wyobrażony, praca i odpoczynek, radość i łzy.... Wszystko, co znane współczesnemu przedszkolakowi...



Takiemu, jak Tomek z przecudnych “Opowiadań dla przedszkolaków” Renaty Piątkowskiej (kontynuacja to “Opowiadania z piaskownicy”). Tomek nie różni się niczym od Piotrusia Buczkówny, poza czasem, w jakim przychodzi mu żyć. A to wbrew pozorom determinuje wydarzenia i przygody, jakie stają się jego udziałem. Choć emocje towarzyszą mu te same, co chłopcu sprzed kilkudziesięciu lat:)
Tomek także fantazjuje, śni o gadającym lwie, któremu pomaga zmienić paski na płaszczu zebry w elegancką kratkę:) Wycina dziurę w zasłonce, bo potrzebuje okrycia dla swego ulubionego rycerza (przy okazji czytania tego rozdziału nie omieszkałam uraczyć Zosi historią z własnego dzieciństwa, kiedy to chcąc przystroić lalki, efektownie pocięłam spódnicę w groszki mojej mamy:))) Tomek to bystry, szalony kilkulatek, który dokarmia smoki rurowe (w wannie) parówkami, zamyka zapach mamy w słoiczkach (pod Jej nieobecność), gubi się w supermarkecie (schowany w namiocie:), ma wiele fantastycznych przygód opisanych barwnym, lekkim, dowcipnym piórem autorki. Niczego więcej nie zdradzę!
Polecam! Książka porusza wszystko, co bliskie przedszkolakowi. Także złość... Będzie podobać się małym i dużym, chłopcom i dziewczynkom:) A czytający rodzic niejednokrotnie zaśmieje się w głos:)))

poniedziałek, czerwca 08, 2009

Czarowne lektury:)

Magia, uroki i zaklęcia rzucane przez wiedźmy i czarownice to historie, którymi moje pięcioletnie dziecko karmi swój nieposkromiony w zaspakajaniu ciekawości umysł. Tak dalece, że gdy przychodzi do wyboru lektur czytanych wspólnie wieczorami, najczęściej oscylują one wokół dwóch obszarów tematycznych: urwisów (Julek i Julka, Pippi, Madika, Lotta, Bullerbyn) albo czarów. O tych ostatnich dziś opowiem:)
W dodatku uporządkuję polecane pozycje wedle przedziału wiekowego, dla którego są umownie przeznaczone:)

Przepraszam, czy jesteś czarownicą?” Emily Horn to przecudnej urody opowiastka dla najmłodszych o kocie Herbercie, który w zaciszu pachnącej starociami, acz przytulnej biblioteki zgłębia wiedzę na temat czarodziejek. W encyklopedii czarownic czyta między innymi:

“Czarownice noszą skarpety w paski i spiczaste kapelusze. Czarownice latają na miotłach. Czarownice mają kotły, w których warzą magiczne eliksiry. Czarownice hodują najrozmaitsze zwierzęta: kruki, jaszczurki, sowy i nietoperze, ale najbardziej lubią czarne koty!”

I tu Herbert zaczyna marzyć o byciu współtowarzyszem jakiejś czarownicy w kolorowych skarpetach i z kotłem w kuchni:) A na marzeniach nie poprzestając, wyrusza na poszukiwanie takowej:)
Opowieść nie jest zbyt długa, za to z mądrym przesłaniem o samotności i potrzebie posiadania przyjaciela... W dodatku sympatycznie zilustrowana przez znanego już nam wszystkim Pawła Pawlaka:)
Od tej książki polecam rozpocząć przygodę z magią i światem widziadeł:)))

A następnie niezwłocznie sięgnąć po “Malutką czarownicę” Otfrieda Preusslera.
Przedszkolaki będą nią oczarowane, gwarantuję!
Książka została całkiem niedawno pięknie wydana, “odświeżona edytorsko” przez wydawnictwo Dwie Siostry, w dodatku w serii MISTRZowie ILUSTRACJI. Spod kreski Danuty Konwickiej, niczym ze szkolnego szkicownika, wyłaniają się obrazki pełne uroku, fantazji, czaru... Obrazki, które pamiętam z dawno zaczytanej przeze mnie książki dzieciństwa:)
Tytułowa bohaterka, to w istocie pełna werwy i życia, zaledwie 127-letnia czarownica, mieszkająca w leśnym domku “z pochylonym dachem, koślawym kominem, klekocącymi okiennicami” i z mówiącym krukiem Abraksasem:) W dodatku chroniąca się przed zimnem siedmioma spódnicami i usiłująca sprostać wymaganiom starszych koleżanek “po fachu” w kwestii bycia dobrą czarownicą... Ale czy bycie dobrą czarownicą oznacza to samo dla wszystkich wiedźm, spotykających się corocznie przy zaczarowanym ognisku z okazji nocy Walpurgii? Otóż nie... A malutka czarownica, dosłownie traktująca przykazania starszyzny, stara się nie bez trudu naprawiać swój charakter(ek)... Zakaz czarowania w piątki obchodzi beztrosko zasłaniając okna przed wścibskimi spojrzeniami... Pomaga pokrzywdzonym i biednym, sprawia, że papierowe kwiaty pachną, a gorące kasztany nie parzą dłoni... Niczego więcej nie zdradzę, przeczytajcie.... Choćby po to, by dowiedzieć się czym zła czarownica różni się od dobrej:)))


Ostatnią czarownicą, o której opowiem jest Panna Price, bohaterka “Gałki od łóżka” Mary Norton (z ilustracjami J.M. Szancera, wydawnictwa Dwie Siostry). Tę książkę czytałyśmy z Zosią dość długo, wielokrotnie wracając i cofając się do wcześniejszych rozdziałów... To pełna magii opowieść o trójce rodzeństwa, spędzającego wakacje na wsi pod Londynem, w domu starej ciotki. To oczywiście także opowieść o samej pannie Price, początkowo nie odznaczającej się niczym szczególnym...

“Nosiła zazwyczaj szary żakiet i szarą spódnicę. I miała długą, chudą szyję, którą owijała jedwabnym, wzorzystym szalikiem (...) Jeździła na rowerze z przyczepionym na przodzie koszyczkiem, odwiedzała chorych i uczyła gry na fortepianie”.

Czy wyobrażacie sobie tę wiotką, młodą kobietę w kapeluszu, pedałującą na rowerze, z kwiatami w koszyku i w ciasno zapiętym pod szyję żakiecie, powiewającą na wietrze kolorowym szalikiem? A czy tę samą kobietę wyobrażacie sobie na miotle?! A podróżującą w czasie i przestrzeni z trójką dzieci? Dzięki mosiężnej gałce od starego łóżka? A zaprzyjaźnioną z Emeliuszem, nerwowym, chudym czarnoksiężnikiem z czasów Karola II?, Myślę, że ta pełna czaru historia spodoba się nieco starszym przedszkolakom... A napewno ich rodzicom:)

czwartek, marca 05, 2009

Z innej bajki:)

W powodzi baśni zalewających księgarski rynek, które baśniami są li tylko z nazwy (do minimum okrojone z pierwotnej treści, symboliki, elementów czarno-białej moralności, niewiele mające wspólnego z oryginalnym, obszernym tekstem, a będące niejednokrotnie miernym streszczeniem oryginału) wersje bajek autorstwa Zofii Szancerowej jaśnieją niczym perły na tle innych, pseudobaśniowych opracowań.
Napisane przepiękną polszczyzną, językiem, który od pierwszej chwili zachwyca i do samego końca urzeka magią i melodią malowniczego słowa. Dwie zaledwie bajki, dobrze znane dzieciom: “Kopciuszek i królewicz” (tak, tak, Jego miejsce w bajce nie ogranicza się tylko do poślubienia księżniczki) oraz “Jaś i Małgosia”... Opowiedziane na nowo kunsztowną, wysmakowaną prozą. Zilustrowane zwiewnie delikatną, a jednocześnie przejmującą, akwarelową kreską przez grafika (którego chyba nie muszę nikomu przedstawiać) Jana Marcina Szancera, męża pani Zofii...

Książka “Ulubione bajki”, którą mamy w domu, wydana została w 1986 roku (ponad 20 lat temu).
Znacznie później, w roku 2002, w 100-ą rocznicę urodzin J.M. Szancera wznowiono kilka baśni z ilustracjami Jego autorstwa... Przyznam, że to właśnie te ilustracje mam w pamięci swojego dzieciństwa.... Drobiazgowe, subtelne, niezwykle silnie oddziałujące na wyobraźnię i emocje mnie- dziecka. Malowane piórkiem i pędzelkiem, z wielką prostotą i wdziękiem, delikatne, taneczne, lekkie... Prawdziwie baśniowe... Dlatego, gdy dziś przeglądam półki z bajkami dla dzieci, w których przerost formy nad treścią jako pierwszy rzuca się w oczy, a disneyowskie motywy, przekoloryzowane i sztampowe, dominują nad kilkuzdaniowym tekstem, nie mogę odżałować obrazów, które zapisały się w moim sercu dawno temu... Szkoda, że nie wszystkie dzieci będą miały możliwość doświadczania i zachłystywania się czarem.... tekstu i rysunku w mistrzowskiej oprawie!


Któż bowiem z Was nie pamięta tytułowej okładki baśni Andersena, z małym Kajem, którego sanki doczepiono do sań Królowej Śniegu, w mrokach nocy mknącej.... Albo Calineczki, jasnej dziewczynki na liściu łopianu.... Czy Pana Kleksa ze szpicbródką, w kraciastych spodniach:) Nie wspominając o bezkonkurencyjnym wydaniu wierszy “Brzechwa dzieciom”... Przypomnijcie sobie....:)





Szperając w sieci, ku swojej ogromnej radości znalazłam przed chwilą wydawnictwo, które wznawia moje maleńkie zachwycenia:) Książki z ilustracjami J.M. Szancera:)
Spójrzcie, jak ich tam dużo!:)

środa, lutego 18, 2009

Moje-nie moje

Niewielu jest ludzi, którzy nigdy nie pomylili się w osądzie drugiego człowieka. Za to wielu takich, którzy pochopnie ferowali wyroki... W trakcie moich studiów (zamierzchłe czasy:), w ramach zajęć z psychologii społecznej, przeprowadzałam eksperyment tyczący postrzegania i oceniania zachowania innych pod wpływem zewnętrznych czynników. Do pierwotnej, lakonicznej, “prasowej” informacji na temat konkretnego zdarzenia (napaść na młodą dziewczynę) dodawałam etapami kolejne, uszczegóławiające fakty związane z bohaterami owego zdarzenia, w końcowym etapie prezentując także ich zdjęcia. Osoby biorące udział w badaniu oceniały bohaterów przedstawionej historii na każdym z etapów oddzielnie. Nie chcę zagłębiać się w hipotezy badawcze, bo ich nie pamiętam. Chodziło mi o poznanie, na ile stałość wartościowania danego człowieka podlega wahaniom, gdy docierające do nas informacje na jego temat stają się niespójne i rozbieżne z wcześniej wytworzonym obrazem. I jak na tę ocenę wpływa czynnik atrakcyjności fizycznej (wedle badań ludzie skłonni są przypisywać mniejszą odpowiedzialność za agresywne zachowania osobom fizycznie atrakcyjnym!). To tyle tytułem przydługiego, w dodatku nieco naukowego wstępu:)

Jedna z książeczek, które chcę Wam polecić traktuje bowiem właśnie o tym “czynniku atrakcyjności fizycznej”:) “Moje- nie moje” Liliany Bardijewskiej, z cudnymi ilustracjami Krystyny Lipki-Sztarbałło to krótka bajka dla najmłodszych o tym, że pozory mylą i że “dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, jak to mądrze zapisał w “Małym Księciu” A. de Saint- Exupery... Piękno, talent, to, co najlepsze jest ukryte czasem w niepozornej, krzywej, burej (aj, nie oceniajmy pochopnie) postaci.
Bajka opowiada o złotym, gładkim, acz usianym w srebrzyste kwiatuszki jaju! Jaju, które wzbudza zachwyt w mieszkańcach pewnego lasu... Owi mieszkańcy, tłumnie i butnie próbują zgłaszać niepodważalne prawa do opieki nad kwiecistą skorupką i nad pisklakiem w środku, co niechybnie ósmym cudem świata się stanie... Czy się stanie? Nie zdradzę nic więcej... Ale tym, którzy już wyobrażają sobie burego krzywodzioba (czy słusznie?) zacytuję fragment zakończenia...
“Polana aż zaroiła się od nut i nutek, które kołysały się na najmniejszych źdźbłach traw i gałązkach żarnowca. Już od świtu z całego lasu zlatywały się nawet kwiaty, żeby posłuchać niezwykłego śpiewaka. -I pomyśleć, że on mógł być nasz... - westchnęła któregoś ranka zasłuchana mrówka”...
Obydwie z Zosią wybieramy się w marcu na przedstawienie w naszym ulubionym teatrze Pinokio, na spektakl w oparciu o książkę “Moje-nie moje” L. Bardijewskiej:) Na spektakl o tym, że “miłość rodzi się z radości obcowania z drugim człowiekiem, z wzajemnego słuchania i zrozumienia - a to jest w stanie sprawić, że nawet niepozorna ISTOTA rozkwita i pięknieje”.
Dodam jeszcze, że książka wydana została przez odkrytą przeze mnie niedawno agencję edytorską Ezop, z ogromnie wartościowymi pozycja
mi dla dzieci (jak choćby “Okruszek z Zaczarowanego Lasu”, o którym wspominała kiedyś w Murkowie Monika). To nie pierwsza i nie ostatnia pozycja, którą z w/w witryny wydawniczej posiadamy z Zosią i cenimy. Okruszka pozostawiam do zarekomendowania Monice, bo dzięki Niej odkryłam Go dla Zosi...

Ale na przykład “Zielonego Wędrowca”, również autorstwa L. Bardijewskiej polecić mogę do czytania przedszkolakom. Bajka o stworku z Szarej Stworii, który wędruje w poszukiwaniu Zielonej Rzeki. Spotykając po drodze ślimaka Lazura, króla Pąsa I, Wietrznego Cynobra, filozofującego Misia w Godzinie Białej Mgły i Białego Mrozu... Bajka nie tylko o tym, jak bardzo możemy się różnić między sobą.... Także o tym, że różnić możemy się pięknie! Poetycka opowieść w siedmiu wędrówkach, którą z przyjemnością czytałam Zosi... Trochę absurdalna, trochę magiczna, napisana wysublimowanym, metaforycznym, barwnym i naprawdę pięknym językiem... Prozą jak Poezja:)



poniedziałek, stycznia 05, 2009

Agnieszka opowiada bajkę...

Kontynuując niejako tematykę poprzedniego postu, zatrzymam się i ja nad cudownymi kreskami słów, namalowanymi uwodzicielsko przez Jaoannę Papuzińską w książeczkach, które pamiętam ze swojego dzieciństwa.

Pierwsza z nich, kilkadziesiąt lat temu ukazała się w serii cieniutkich, broszurowych wydań opowiastek dla dzieci “Poczytaj mi mamo”... A ja, choć czytam dziś Zosi zupełnie nową, pięknie wydaną książkę w twardej oprawie, z bonusem w wersji angielskiej, to w pamięci i sercu zawsze już mieć będę ilustracje tamtej cienkiej broszurki, wzruszający obrazek okładki tytułowej... Ocierający łzę kociak na tle rozgwieżdżonego nieba za szybą okna... “Agnieszka opowiada bajkę” (bo o tej książeczce mowa) to pełna wdzięku, urokliwa opowieść, którą snuje dla swojej mamy mała dziewczynka, Agnieszka właśnie (opowieść pokrętna z punktu widzenia finału, który kreuje iluzję i urzeczywistnia ją:). Mała Aga odmalowuje słowami i wyobraźnią historię kotka poszukującego mamy kociej... Przewodnikiem w poszukiwaniach jest psiak “mądrala”:) Prowadzi kotka do futrzanego dywanu obok łóżka (bo mama kocia jest ponoć mięciutka), do szczotki (bo ponoć zamiata ogonkiem) i do radia (bo mruga oczkiem i mruczy kołysanki).... Nie zdradzę wszystkich zaproponowanych przez pomysłowego pieska rozwiązań, koniecznie doczytajcie ze swoimi dziećmi:) Gwarantuję, że maluchom i młodszym przedszkolakom ta bajeczka Agnieszki spodoba się napewno. Zwłaszcza, jeśli marzą o własnym zwierzaku :))) A który przedszkolak nie marzy?:)

Ale to nie koniec! Joanna Papuzińska czaruje dalej, darowuje nam kolejne kreski słownej układanki... Mami zapachami, kolorami, otumania tęczowymi światami wyobrażonymi, co w główkach dziecięcych mieszkają...
“Placek zgody i pogody” to mądra, poetycka, ale nieco trudniejsza historia z Agnieszką w roli głównej. Dziewczynka, skulona w kąciku swojego pokoju, przestraszona chmurnymi nastrojami rodziców, marzy.... I poznaje kogoś, kto ze świata tych marzeń przybywa do Niej i dla Niej. Kogoś, kto podpowiada, jak upiec ciasto na zgodę, jak nałapać do niego słonecznych promieni i jak rymowankami zaczarować, by nabrało czarodziejskich właściwości.... Snuje się ta opowieść niczym zapach, który wytrąca z równowagi i letargu pogniewanych rodziców Agnieszki... Niczym zapach, który i nas otula złocistym aromatem słonecznego placka. Placka Zgody i Pogody... Obyśmy wszyscy mieli szansę go spróbować!

sobota, listopada 29, 2008

O kołach i awanturach:)

Monika swoim postem o Pippi Pończoszance zainicjowała pasjonujący wątek na temat dziecięcej beztroski, nieskrępowanej radości, przeżywanych i natychmiast wyrażanych przez dziecko emocji. Wątek tyczący urokliwych, upartych urwisów cudnie odmalowanych piórem Astrid Lindgren.

Lotta jest jednym z nich. Ta mała dziewczynka mieszka ze swoją rodziną i starszym
rodzeństwem w żółtym domku przy ulicy Awanturników:) Tak naprawdę, to przy ulicy Garncarzy, ale "teraz mieszkają tu tacy, co robią tylko awantury":)
O ile druga część cyklu ("Dzieci z ulicy Awanturników") swoim klimatem przypomina cudownie zabawne, poczciwe Bullerbyn, o tyle "Lotta z ulicy Awanturników" jest małym, psychologicznym studium przypadku, etiudą wiernie portretującą wrażliwego, acz humorzastego pięciolatka, z całą gamą skonstruowanych misternie, skomplikowanych, dziecięcych uczuć. 

Lotta przeżywa chwile poirytowania, złości, buntu, zaciekłego uporu, wreszcie tęsknoty, żalu i niełatwej skruchy... Jakże często emocje dziecka przybierają na sile i gwałtowności przypominając samonapędzające się koło. Jakże trudno nam, dorosłym, pozwolić toczyć się temu kołu, zostawiając przestrzeń, by nabrało rozpędu, a potem wyhamowało powoli zgodnie z własną siłą odśrodkową...:) 
Oto Lotta wstaje z łóżka przysłowiową lewą nogą... (z resztkami kiepskiego snu pod powiekami). Nie chce się ubrać, bo mama wybrała sweter, a ona sama wolałaby aksamitną sukienkę, nie chce zejść na śniadanie (i pyszne kakao) i nie chce rozmawiać... W złości niszczy sweterek, po czym przestraszona i wciąż naburmuszona postanawia uciec z domu... Znajduje schronienie w rupieciarni pani Berg i całkiem przyjemnie się tam urządza. Ale z upływem godzin zaczyna tęsknić:) Kiedy powróci do domu i co ją do tego skłoni? Zapraszam do lektury:)

Ja bardzo lubię tę ksiażkę. Nie tylko dlatego, że w chwilach nieposkromionych wybuchów złości mojej Zosi przypominam sobie małą Lottę i jej zachowanie. I domyślam się, że w podobny sposób zachowują się tysiące innych cztero i pięciolatków. Że nie jestem odosobniona, kiedy rozpędzone koło emocji mojego dziecka toczy się i nabiera rozpędu! Ale także (a może przede wszystkim) dlatego, że w książce o Lottcie, w jej drugim planie, przedstawiona jest pewna niezwykle mądra, fenomenalnie radząca sobie z huśtawkami emocji swojego dziecka, osoba. Mama Lotty. Rzeczowa, spokojna, absolutnie nie gderająca (co mnie się zdarza niestety częściej, niż bym chciała:) Mama, która wie, że "mózg emocjonalny" jest filogenetycznie starszy, niż nowa kora mózgowa odpowiadająca za myślenie i kontrolę...:) Acz jedno z drugim w parze iść powinno:)
Miało być o Lottcie, skończyło się na mamie. Mamie- prawie czarodziejce:)


piątek, listopada 14, 2008

O bohaterach wielkiej wagi :)

Niech to będzie pierwszy wpis tutaj. Pierwszy, za to wielkiej wagi:) Rzecz bowiem (prócz zapoczątkowania działalności tego czarownego dla nas miejsca:) dotyczyć będzie wielkiej wagi bohaterów... słoni:) Słoni upersonifikowanych, obdarzonych wyobraźnią, marzeniami i mocą ich spełniania... Jak w serii książek o Bombiku (z edycji Św. Pawła), jak w przeuroczej książeczce “O słoniu, który chciał fruwać” Barbary Krzyszkowskiej i jak w przełożonej z angielskiego (przez mojego ukochanego Stanisława Barańczaka) wierszowanej bajce Dr. Seussa “O słoniu, który wysiedział jajko”. Wszystkie te pozycje łączy bohater. Słoniowe dziecko i nieco starszy, słoniowy młodzieniec...

Przyznam, że do serii ksiażek o Bombiku zajrzałam wiedziona ciekawością, którą rozbudziły wzruszające, piękne, słowno-muzyczne, bajkowe aranżacje na podstawie tekstu ks. Bogusława Zemana (dołączane w formie płyt do Gazety Wyborczej dawno temu).
Bombik to słoniowy chłopiec, urokliwy i wielce rezolutny. Borykający się jednak z problemem, przerastającym jego dziecięce serduszko. Bombik bowiem to jedyny na świecie łaciaty słonik. “Plama” (przezwisko wymyślone przez złośliwe hieny) towarzyszy mu na każdym kroku. Ale prócz niej także drewniane cymbałki, nieodłączny, wierny przyjaciel “na smutki i troski”... Wielką odwagą wykazuje się ten słoniowy chłopiec, nie tylko pokonując własne słabości i ucząc się mickiewiczowskiej prawdy “patrzaj sercem”. To tylko jedna z nauk tej lekko moralizującej, acz pięknej serii ksiażek. W kolejnych odsłonach Bombik m.in. zostanie starszym bratem maleńkiej Bomili, pozna smak zazdrości o uwagę poświęconą młodszemu rodzeństwu... Wiedziony rozterkami wyruszy na Smoczą Górę w poszukiwaniu lekarstwa dla ciężko chorej siostrzyczki... Przeczytajcie... Najlepszą rekomendacją są wielokrotne powroty mojej Zosi do tych właśnie książek. Szczególnie do pierwszych dwóch tomików (z czterech dostępnych).
Kolejnym ukochanym słoniątkiem Zosi jest Tobiasz. Zachwycony urodą świata słonik, który za wszelką cenę pragnie nauczyć się fruwać, by móc podziwiać wszystko, o czym opowiadają ptaki... W tajemniczym lesie szuka nauczyciela dla siebie. Rozmawia z pytonem, zebrą, chmurą i marabutem... By na koniec pożalić się rodzinie... “Chciałem zostać fruwającym słoniem - powiedział Tobiasz ze wstydem. Chciałem polecieć bardzo wysoko i zobaczyć całą Wielką Rzekę, błękitne góry i pustynię z piaskiem białym jak cukier...”
“Wszędzie tam dojdziemy, Tobiaszku (...) Dojdziemy tam, bo słonie chodzą, a nie fruwają. Nie można stać sie kimś innym, niż się jest. Węże śpią na drzewach, lwy umieją się skradać, zebry szybko biegają i mają piękne, czarno-białe płaszczyki. A nam, słoniom, wszyscy zazdroszczą siły i wytrwałości. Każdy ma coś, czego nie ma kto inny. I każdy umie to, czego kto inny nie potrafi. Dlatego lew nigdy nie będzie zebrą, wąż lwem, a słoń ptakiem (...) I dlatego jesteś dla nas najpiękniejszy na świecie”.
A ja dodam od siebie, że w dłuższej perspektywie czasu powyższe zdanie (które wywoływało początkowo mój sprzeciw) stało się domknięciem filozoficznej myśli A. de Saint- Exupery’ego “Nieważne jest w moich oczach, czy człowiek będzie mniej, czy więcej posiadał. Ważne jest, czy będzie mniej, czy bardziej człowiekiem.” I choć pomna nauki płynącej z filmu “Ratatuj”, by dokonywać niemożliwego w pogoni za marzeniem, chciałabym, by Zosia w przyszłości umiała oddzielać to, co wartościowe w Niej samej od tego, co wartościowego posiadają inni (lub czego nie posiadają:)

I na koniec moja ulubiona lektura ze słoniem w roli głównej:) Prześmieszna, mądra, najeżona słowami trudnymi, wierszowana opowieść o niecodziennym słoniu. O słoniu Konstantym, odpowiedzialnym do granic możliwości i wytrzymałości. Słoniu, który dotrzymuje słowa i przyjmuje (wcale nie pokornie) powierzone mu zadanie... Dla dobra małego pisklaka w jaju, godzi się je wysiadywać na drzewie. Tak dla odmiany (fruwać nie może, ale na drzewie siedzieć i owszem:))) Jest w tej książce wszystko, humor, zabawa słowami i rytmem, akcja, tempo, niedopowiedzenia i znakomity finał.
Króciutki cytat tym razem, tak dla smaczku:)
"- Patrzcie, słoń! Gdzie on siedzi?
Spytaj nie gdzie, lecz na czym!
Na czym?
Jak to? Na jaju! Siedzieć na jajkach przecież słonie mają w zwyczaju!”
Dodam, że wcale nie łatwo czyta się tę książkę. Nie łatwo prowadzi spójną melodykę wiersza... Ale ja lubię takie, trochę zwariowane wersety:) I moja Zosia też:)